„I’m a bit of a bully, you know” – powiedział w grudniowym wywiadzie Daniel O’Sullivan, „nowy” muzyk w Ulver. W swojej naiwności przetłumaczyłem to jako „lubię się wpychać”, podczas gdy właściwe znaczenie tego słowa to tyran, despota, łobuz. I takim łobuzem jest O’Sullivan na Wars Of The Roses, najnowszej płycie Ulver, zapowiadanej jako Critical Geography. On tę płytę styranizował. A może nawet cały zespół.
Muzyczna wizja Anglika wyziera na każdym kroku podczas słuchania Wars Of The Roses. O’Sullivan wlał w nowy krążek Ulver mnóstwo flegmatycznej, angielskiej mgły i nie tylko [patrz tytuł]. To chyba najbardziej analogowa płyta Ulver, choć zarówno Blood Inside, jak i Shadows Of The Sun zdradzały już zainteresowanie bardziej „ciepłymi” dźwiękami niż chłodne syntezatory.
Nawet otwarcie drum’n'bassowy pierwszy utwór, February MMX jest zagrany na ‘żywej’ perkusji, a brzmienie nasuwa na język słowo ‘soft’. Ulver próbował już muzyki tanecznej [na EP Metamorphosis] i właśnie w porównaniu z szorstkimi Of Wolves & Vibrancy, czy Limbo central słychać różnicę.
Poczucie ‘analogowości’ pogłębiają smyczki, gitara i wspomniane żywe bębny. Elektronika jest, oczywiście, ale brzmi bardziej organowo, niż cyfrowo i jest jakby schowana pod zmechaconym płaszczem brzmień tradycyjnych instrumentów.
Daniel O’Sullivan lubi nie tylko analogowe brzmienia, ale też estetykę. Wyraźnie słychać na Wars Of The Roses fragmenty, które mogą się skojarzyć z pozostałymi formacjami O’Sullivana; czy to z eksperymentującym Guapo [fragmenty Norwegian Gothic, fragmenty Providence, ogólny klimat płyty], czy z retrokarnawałowym Miasma & the Carousel of Headless Horses [druga połowa September IV, końcowe fragmenty Island]. Podobnie z partiami wokalnymi; nawet Garm ze swoim głosem zdaje się powielać podobne pomysły, jakie w wykonaniu O’Sullivana słyszeliśmy na koncertach w roku 2010.
Powidokiem poprzednich dokonań Ulver wydaje się być utwór Island, w którym elektronika na chwilę wysuwa się na plan pierwszy.
Wars Of The Roses snuje się w angielskiej mgle, brakuje tej płycie dramaturgii [która tak ważna była podczas koncertów], rytmu. Muzycy wspominali, że będzie to płyta bardziej ‘piosenkowa’. I jest, choć nie są to zwykłe piosenki. I albo muzycy stwierdzili, że jest za bardzo piosenkowa, albo zabrakło im pomysłów, bo część
kompozycji [Providence, England, momentami Island] rozjeżdża się pod koniec w jakieś dziwaczne i wiodące donikąd plamy dźwiękowe bez większej wartości. Nie wspominając o nadmuchanym, patetycznym Stone Angels, recytowanym w całości przez O’Sullivana. Sam ‘podkład muzyczny’ jest nawet interesujący, ale z pretensjonalną recytacją O’Sullivana nie da się go słuchać.
Cała ta płyta brzmi tak, jakby ktoś miał w ręku potencjometr z napisem „potencjał” i przykręcił go trochę w stronę ‘min.’. Może po kilkunastu odsłuchach róża rozkwitnie i ukaże całe swoje piękno, ale na razie nowa płyta Ulver jest wciąż niepełna, niedojrzała.
hajlajty: September IV, Providence do 5 minuty [bez śpiewu Siri Stranger i późniejszych pochrząkiwań Attili Csihara], Island.
Ulver – Wars Of The Roses [Kscope, 2011]




