Nieentropiczna Entropia

•9 Luty 2010 • Dodaj komentarz

Entropia to młody zespół z Oleśnicy pod Wrocławiem. Tworzy go czterech członków – Michał Dziedzic, gitarzysta, wokalista oraz autor tekstów; Patryk Budzowski – perkusista, Marek Ceńkar – basista oraz drugi wokalista; Damian Dudek – klawiszowiec.

Grupa ma dwa lata i jak na razie dwuutworową EP ‘let’s leave before this place thaws’. Niecałe 17 minut tego wydawnictwa wypełnia niemal kanoniczny post-metal. Co znaczy kanoniczny? Otóż to, że bliżej entropistom do Empires, Russian Circles, czy, przede wszystkim do ISIS; czyli bliżej im do konkretnego, riffowego i melodyjnego grania, niż do żużlowatych i walcujących [ale równie dobrych, by nie być źle zrozumianym] i rozmytych post-metali pokroju Mouth Of The Architect, Minsk, czy rodzimego Blindead.

Entropia nie obraca post-metalu w entropię, a przynajmniej nie tę rozumianą potocznie jako chaos. Muzycznie i nastrojowo najbliżej bowiem Entropii właśnie do twórców “Panopticon”. Już sam początek pierwszej kompozycji, Seasons End Up in Thaw rozpoczyna się jak utwory ISIS, a czysty głos Michała Dziedzica przypomina zaśpiewy Aarona Turnera, np. w Dulcinea. Podobnie jest w muzyce, choćby w brzmieniu basu, czy niektórych rozwiązaniach perkusji. Jednakże te podobieństwa, choć czytelne, nie świadczą na niekorzyść zespołu, bo nie prowadzą w zaułek ślepego naśladownictwa. Oby nie prowadziły. Mając raptem dwa lata trudno jednak o nowatorskie rozwiązania.

Entropia nie ukrywa zresztą głównego źródła inspiracji, na pierwszym miejscu wśród znajomych na myspace umieszczając właśnie ISIS.

Choć ‘let’s leave before this place thaws’ to zaledwie dwa utwory, słychać, że Oleśniczanie mają pomysły, zarówno na melodie, jak i aranżacje. Ciekawie rozplanowano fortepianopodobnie brzmiące klawisze, które nadają muzyce dodatkowy plan. Fajnie brzmią też melodie; co prawda nie są może aż tak błyskotliwe, żeby wpadały w ucho za pierwszym razem i świdrowały umysł, ale nie są też sztampowe. Zmiany nastrojów i temp sprawiają, że utwory nie nużą.

Co ważne, Entropia w swoich dwóch kompozycjach wytworzyła klimat, co nie zawsze udaje się debiutantom. Jest przestrzeń, jest melancholia i nastrój, na których muzykom Entropii zależy.

Szkoda tylko, że brzmienie perkusji zostało ‘zheblowane’, a powinno być pogrubione. Perkusja brzmi jak cienki patyk, a powinna być, przynajmniej naszym zdaniem, grubym pniem, lub solidnym korzeniem. Gitarom też przydałoby się więcej ‘trzeciego wymiaru’, wydobycie żywego brzmienia.

Ale to przecież dopiero początek. Również poszukiwań brzmieniowych. A że w nauce entropia jest miarą stopnia nieuporządkowania układu, to muzycy będą szukać i porządkować długo, słuchaczom tylko na korzyść. Miejmy nadzieję, że te ciągłe poszukiwania będą owocować nową i co najważniejsze dobrą muzyką.

Entropia – ‘let’s leave before this place thaws’ [2009]

myspace

Przedstawienie musi trwać

•8 Luty 2010 • Dodaj komentarz

Wszystko zaczęło się od wykładu monograficznego horror – zapomniane filmy i filmu grozy, bądź opowieści niesamowitej pt. “Carnival Of Souls” z 1962. Fragment tego filmu opatrzony był tematem, który brzmiał jak muzyka karnawałowa zdeformowana w jakimś dźwiękowym krzywym zwierciadle. Okazało się jednak, że nie była to ścieżka dźwiękowa do filmu, tylko utwór grupy Combustible Edison pod takim samym tytułem: Carnival Of Souls, nagrany w 1994 roku i zapewne inspirowany filmem. Muzykę do filmu napisał zaś Verne Langdon.

Niezbadane są ścieżki muzycznych poszukiwań. Dość powiedzieć, że czy to poszukiwało się dziwacznych tematów muzycznych do audycji, czy też kompletowało się kolekcję muzyki oddającej klimat mrocznego karnawału, podczas poszukiwań tematu Verne’a Langdona z filmu Carnival Of Souls, trafiło się na tę stronę.

Jak się okazało, ktoś nie tylko wpadł na podobny pomysł, ale i wcześniej go zrealizował. Skopiowawszy niecnie listę już uczynioną, w retortach i alembikach pod niebem frankensteinowem i cewkami wielkiemi się recepturę udoskonaliło, wzbogaciło o własne, znalezione przez lata elementa. Opatrzyło się też stosowną okładką. I oto lista mrocznokarnawałowa i schizocyrkowa po miasteczkach postrach siać zaczęła.

00 – Tod Browning’s Freaks
01 – Verne Langdon – Carnival Of Souls
02 – Bohemien – Dirsi Addio
03 – Angelo Badalamenti – L’execution
04 – Der Plan – Schwarzwald
05 – Fad Gadget – Saturday NIght Special
06 – Siouxsie & the Banshees – Carousel
07 – Thomas Newman – To The Shock of Miss Louise
08 – Shadow Reichenstein – Carnival Macabre
09 – Oingo Boingo – Helpless
10 – Nick Cave and the Bad Seeds – The Carny
11 – System Of A Down – Peephole
12 – Amber Asylum – Black Waltz
13 – Arcturus – The Chaos Path
14 – Dimitri Tiomkin – Over the Waves
15 – Outro I – Schizocirkus

CD2

00 – Intro – Coney Island Barker’s Freaks
01 – Tom Waits – Carnival
02 – The Damned – These Hands
03 – The Stranglers – Waltzinblack
04 – The Lonesome Organist – The Steam Crow
05 – Combustible Edison – Les Yeux Sans Visage
06 – Phantom Limbs – Girl On a Trapeze
07 – Deathwatch – Beetle Repairman – The Carny of Mr Dark
08 – The Glove – The Tightrope
09 – Nurse With Wound – Odd
10 – Nox Arcana – Calliope
11 – Iain Bellamy – Circus Overture
12 – Planning For Burial – Memories You’ll Nevr Feel Again
13 – Combustible Edison – Carnival Of Souls
14 – Outro II – Schizocirkus

Listę wzbogaciliśmy choćby o przewrotny Peephole, autorstwa System Of A Down z najlepszego swojego okresu, czyli pierwszej płyty, o mroczny Black Waltz pań z Amber Asylum, diabolicznie karnawałowy Chaos Path, żywcem wyjęty z infernalnej maskarady Arcturus, czy niepokojącą Calliope wykonywaną przez Nox Arcana. Pojawiło się też nowe odkrycie cyrkowe, czyli wspominany już tutaj Planning For Burial i Memories You’ll Nevr Feel Again. Piękny tytuł, nieprawdaż?

Ponadto znalazło się miejsce dla muzyki filmowej: złowieszcza katarynka w L’execution Angelo Badalamentiego pochodzi z “Miasta zaginionych dzieci” [Cité des enfants perdus] duetu Jeunet – Caro, oraz Circus Overture Iaina Bellamy’ego z onirycznego Mirror Mask Dave’a McKeana i Neila Gaimana.

Dimitri Tiomkin odegrał własną, knajpianą wersję Over The Waves, żelaznego tematu cyrkowego i podkładu pod jazdę na karuzeli, niesłusznie przypisywanego Austriakom, a pochodzącego z Meksyku. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć prowodyrów całego zamieszania, czyli Comustible Edison ze swoją wersją Carnival Of Souls.

Dorobiliśmy też jak najbardziej klimatyczne outro: pierwsze złożone z fragmentu Over The Waves zagranego na Wurlitzerze zestawionego z organowym finałem Aerie Descent w wykonaniu Emperor, oraz drugie, będące stopniowo zwalniającym fragmentem utworu Entrance of the Gladiators [Vjezd gladiátorů] Juliusa Fučíka – jest to najbardziej znany temat cyrkowy, który tu stopniowo degeneruje się do dziwacznego akompaniamentu dla pochodu martwych clownów. A co.

Przedstawienie musi trwać. Nawet po śmierci.

Szugejzdronepostrockambient, czyli dosk o)))

•28 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

“Leaving”, debiutancki materiał amerykańskiej formacji Planning For Burial drone-ży pokłady muzyczne sąsiadujące z opisywanym niedawno Echoes Of Yul. O ile jednak opolska grupa nadała swej muzyce wymiar [post]apokaliptyczny, to Amerykanie są albo długo przed totalną zagładą [np. na początku czwartorzędu], albo długo/daleko po [np. w jakiejś mgławicy]. Ponieważ na płycie Leaving jest dużo spokoju. Pomimo, że to drone.

Niektóre fragmenty tej płyty [Wearing Sadness and Regret Upon Our Faces, Humming Quietly] przypominają trochę Jesu, ale są lepsze. To chyba najwyższy czas, by pan Broadrick zmienił wiarę z Jesu na Godflesh [Greymachine!], skoro epigoni tworzą lepsze melodie i nastroje. A tych dwóch ostatnich jest na “Leaving” mnóstwo. Jeśli dodać do tego świetnie brzmiące ambientowe przestrzenie i ’szugejzujące’ gitary [zespół otwarcie przyznaje się do inspiracji klasykami gatunku], to słuchacz otrzymuje godzinną czarną dziurę, przez którą w każdej chwili może odwiedzić/zajrzeć w/odbyć* otchłanie kosmosu/odmienne stany świadomości /introspektywną podróż do wnętrza Ziemi*.

Planning For Burial z wyczuciem flegmatycznie żonglują rozmytymi, eterycznymi i ogólnie smęcącymi gatunkami, jak shoegaze [melodie, z rzadka występujący głos], post-rock [delikatne brzmienia gitar, pogłosy i ogólny nastrój] drone [gitary, arytmiczność w niektórych fragmentach] i ambient ['podkład' na całej płycie i utwór tytułowy].

Na szczególną, naszym zdaniem, uwagę zasługują kompozycje: Memories You’ll Never Feel Again – dziwaczna interpretacja motywów cyrkowo-karnawałowych, nietypowa i fascynująca, bo w takiej konwencji nigdy nie słyszana, niepokojący, zachmurzony Oh Pennsylvania Your Black Clouds Hang Low, a także melancholijny w swej monotonii Verse Chorus Verse. Ostatni na płycie utwór tytułowy to trzynastominutowy dotyk niezmierzonych przestrzeni.

Jedynym minusem jest brzmienie perkusji. Co prawda nie dominuje na tej płycie, ale brzmi sucho i płasko, bo zagrana jest najprawdopodobniej z automatu, albo tak ją dziwnie wyprodukowano. Wiem, że do takiej muzyki automat pasuje, ale po pierwsze jestem uprzedzony do automatów perkusyjnych, a po drugie z żywymi bębnami muzyka Planning For Burial brzmiałaby wyśmienicie. Jednakże to tylko drobny i co więcej, dość subiektywny minus.

“Leaving” to bardzo dobra, przestrzenna i znów wesoło-smutna pozycja i wbrew tytułowi wcale się nie ma ochoty opuszczać tej płyty. Tylko puszczać. Ciągle i ciągle…

*niepotrzebne skreślić

Planning For Burial – Leaving [Enemies List Home Recordings, 2010]

myspace

A Quick Fix In Solitude

•15 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

W języku angielskim są dwa słowa na określenie samotności: loneliness i solitude. O ile to pierwsze kojarzyć się może z banalnym ujęciem samotności w muzyce pop i uczuciem, które samotnemu człowiekowi przypomina co jakiś czas, to solitude jest uczuciem dojmującym, obsesyjnym, nie pozwalającym o sobie zapomnieć.

Właśnie tego drugiego uczucia dotyczy posępny utwór Black Sabbath, “Solitude”, wydany w 1971 roku na płycie “Master Of reality”. Przypomina on stare anglosaskie pieśni, jak np. Scaraborough Fair, choćby poprzez użycie fletu. Instrument ten nadaje tej kompozycji folkowy ton, co sprawia, że odbieramy ten utwór jako starą balladę o miłości i porzuceniu, śpiewaną od wieków w domach i gospodach.

“Solitude” ma genialną w swej prostocie melodię, pozwalającą na monotonne jej powtarzanie, podkreślające smutek i beznadziejność. Flet, który bardziej kojarzy się z radosnymi trelami i pogoniami satyrów za nimfami, w tym przypadku, niemal kirowym brzmieniem wzmacnia rozpacz po stracie, gdy cały świat traci pęd, wyhamowuje i nagle wszystko przestaje się liczyć.

W 1994 roku “Solitude” nagrał zespół idealnie się do tego nadający: Cathedral. Ponieważ grupa ta kontynuuje tradycyjne brzmienie doom, wypracowane przez Black Sabbath, “Solitude” w ich wykonaniu niewiele odbiega od oryginału. Cathedral nadali tej pieśni więcej ciemnej przestrzeni [świetne brzmienie gitary], wzbogacili aranżacje fletu i zaśpiewali na dwa głosy.

Pomimo podobieństwa do oryginału, Cathedral, choćby przez głos Lee Doriana, nagrali godną wersję. “Solitude” ukazał się jako bonus track na tribute albumie poświęconemu Black Sabbath, ‘Nativity In Black”.

W roku 2002 “Solitude” nagrał zespół również idealnie się do tego nadający: Rondellus. To estońska grupa, wykonująca muzykę dawną, głównie okresu średniowiecza i renesansu. Na płycie “Sabbatum” muzycy zabierają słuchacza właśnie w mroki wieków średnich, interpretując muzykę Black Sabbath na modłę musica antiqua. Rondellus zadbał o każdy detal i teksty przetłumaczył na łacinę. Wyszła z tego muzyka, której mogli słuchać funkcjonariusze hiszpańskiej inkwizycji. “Solitudo”, czyli średniowieczna wersja wiadomej pieśni przybrała formę chorału gregoriańskiego, śpiewanego podniośle w ascetycznej aranżacji portatywu [czyli przenośnych organów, służących do podawania tonu do śpiewu chorału]. Rewelacyjnie zabrzmiałaby w surowej, gotyckiej katedrze, lub zimnych komnatach zamkowych, koniecznie przy świetle świec.

W roku 2007 “Solitude” nagrał zespół idealnie się do tego nadający: Ulver. Wilcza wersja tego utworu przerasta chyba oryginał, choć niewiele ma z nim wspólnego. Nie ma atmosfery starej folkowej pieśni, tylko przytłoczenie przez nastrój. Ulver ‘rozprzestrzenił’ “Solitude” do niemożliwości. Cała kompozycja snuje się, jak samotna, skąpo oświetlona aleja gdzieś na obrzeżach miasta.

W przypadku oryginału i wersji Cathedral prym wiodła gitara; Ulver eksponuje instrument dęty, jednak w odróżnieniu od wspomnianych, w miejsce fletu wprowadza brzmienie trąbki, ale również roztarte, eteryczne.
No i oczywiście głos Trickstera G. Bez niego nie brzmiałoby to tak dobrze. Choć Garm w “Solitude” śpiewa bardzo oszczędnie, to i tak jego głos ma jakiś dodatkowy wymiar, kieszeń, która sprawia, że jego śpiew nie jest jedynie formą przedłużonej mowy.

Taka kompilacja, złożona z czterech różnych wersji “Solitude” dostarcza 100% GDA nostalgii. Bo równowaga w przyrodzie musi być.

Fale i echa z roku minionego

•8 Styczeń 2010 • 3 komentarzy

Dwa mocne polskie debiuty ubiegłego roku paradoksalnie obracają się wokół ulotnych wrażeń, mgławic, fal, ech i innych efemerycznych i zwiewnych zagadnień. Przynajmniej jeśli chodzi o nazwy i tytuły.

Tides From Nebula, zespół powstały zaledwie w 2008 już doczekał się długogrającego debiutu, płyty “Aura” i dwóch wygranych konkursów, na festiwalach Asymmetry i KnockOut. Całkiem nieźle, jak na niespełna dwulatka.

I znów tytuł płyty doskonale oddaje jej nastrój. Ale choć grupa ma mgławicę w nazwie i efemeryczny tytuł, muzyka jest jednak jak najbardziej konkretna. Tides From Nebula reprezentują nurt ‘zwartego’, instrumentalnego post-rocka. Dalej im do rozmytych, powoli budowanych brzmień Explosions In The Sky, czy Mono, a bliżej ostatnim dokonaniom Pelican, lub God Is An Astronaut. Choć w twórczości warszawskiej grupy dominują riffy, nie brakuje jednak dobrze skomponowanych melodii i post-rockowych mgiełek.

Porównanie do Pelican ma jeszcze jeden powód. Otóż Tides From Nebula balansują na granicy między post-rockiem a post-metalem, zupełnie jak wspomniana grupa z Chicago. Gitar jest tu mnóstwo, jak galaktyk w kosmosie. Od przestrzennych, nieprzesterowanych brzmień bo masywne, przysłwiowe już ‘ściany dźwięku’ i nawarstwiające się pogłosy . Muzyka ta nabiera jeszcze większego ciężaru i ekspresji na żywo.

A wszystko to zagrane jest sprawnie, z polotem i pomysłem. “Aura” nie jest może odkrywaniem Ameryki, prędzej nowej galaktyki. Bo niby podobna do innych, ale jednak się różni i jest tak samo piękna.

Nie wiem, z której dokładnie mgławicy docierają do zespołu fale, ale musi być to piękne miejsce. Bardzo lubię oglądać zdjęcia nagich mgławic, skąpo odzianych galaktyk i wszelkiego kosmicznego dobra, którym hojnie obdarza nas nasa.gov. Muzyka Tides From Nebula doskonale nadaje się do takich seansów z kosmicznymi krajobrazami. “Aura” to płyta pełna melancholii, zresztą tytuł zobowiązuje. Melancholię na własny użytek definiuję sobie jako taki ‘radosny smutek’, rodzaj mentalnej przestrzeni, ulotne i wbrew pozorom bardzo przyjemne uczucie, powstające choćby podczas obcowania z dobrą, nastrojową muzyką.

No to co, shall we?

Nie wiem też, gdzie leży Yul, z którego dochodzą echa, ale zapewne nie jest to tak piękne miejsce, jak wspominana powyżej mgławica. Echoes Of Yul pochodzą z Opola i na płycie tzw s/t prezentują ultraciężki materiał o gęstości osmu.

W przypadku Echoes Of Yul, powracająca fala dźwiękowa, czyli echo, zamienia się w monolit, którego obecność odczuwa się w taki sposób, w jaki odczuwa się zderzenie kajaku z tankowcem.

Z debiutancką płytą Opolan kojarzą się dwa nazwiska: Plotkin i Broadrick. Ten pierwszy [znany z Khanate i Old i nie tylko] jest obecny na płycie osobiście, odpowiedzialny jest bowiem za mastering. Słychać to w ciemnym, piwnicznym brzmieniu basu [cudownie zdegenerowany w stylu Om w Walking Skeletons] i gitarach, które koniecznie chcą do basu dołączyć i drone-żą przez całą płytę w gruzłowatej, brzmieniowej glebie.

Nad całością zaś unosi się industrialny duch Godflesh, czyli cudownej maszyny Justina Broadricka. Jednak nazwa zobowiązuje i w muzyce Echoes Of Yul jest więcej przestrzeni, oczywiście jak na klaustrofobiczne standardy. Zupełnie, jakby ktoś w Godflesh otworzył drzwi. To zasługa elektroniki, pełnej pogłosów, sampli, które mogą kojarzyć się nawet z Massive Attack [From Infinity To Infinity, Or] i ambientowych plam oleju, które wsączają w tę maszynerię nieco powietrza, lub adekwatnego gazu.

Ten dymiący i zgrzytający gigant [76 minut muzyki] kroczy w drednotowym tempie wyjątkowo ciężko uzbrojonego i opancerzonego mecha, zdążającego ku ostatecznej konfrontacji z równie potężnym przeciwnikiem. To bardzo ciężka muzyka, dla niektórych również w odbiorze. Ta monotonia i homogeniczność materiału jest jednocześnie plusem i minusem. Na tę płytę po prostu trzeba mieć nastrój.

Podobnie, jak w przypadku Tides From Nebula, Echoes Of Yul to twór instrumentalny. Co prawda w tej maszynerii co jakiś czas pojawia się głos, krzyk, czy jakieś zsamplowane fragmenty wypowiedzi, w tym dwukrotnie głos dziecka; jednak nie odgrywają one roli przekaźnika treści, są raczej kolejnym elementem machiny. Pomimo swojego ciężaru to bardzo ilustracyjna muzyka. Krajobrazy postapokaliptycznych zgliszcz pod ołowianym niebem i smaganych trującym wiatrem, nuklearnych pustyń same cisną się pod powieki.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu można odnieść wrażenie, że cała płyta Echoes Of Yul jest dziwaczną wariacją na temat “Black Sabbath” wiadomego zespołu [Third Time, Or]. Grobowe tempo i nastrój, bas i rozciągnięte do granic możliwości riffy przywodzą na myśl Black Sabbath, generacji Nexus 6.

Tides From Nebula – Aura [Rockers Publishing / Lou & Rocked Boys, 2009]

Echoes Of Yul – Echoes Of Yul [We Are All Pacinos, 2009]

Tides From Nebula myspace

Echoes Of Yul myspace