Fulcrum to młody zespół z Trójmiasta. Nazwą chłopaki nawiązują do klasycznego myśliwca MiG 29 ‘Fulcrum’, bo grają z mocą eskadry MiGów, ale też do pojęcia z zakresu psychologii transpersonalnej, bo ich muzyka jest równie skomplikowana i porąbana.
“Insects Society” to długogrający debiut zespołu. Jak na debiutanckie wydawnictwo jest nadzwyczaj [a]społecznie rozwinięty. Sami muzycy twierdzą, że w Fulcrum grają bardzo ciężki, techniczny death/grind z elementami jazzu, drum’n'bassu i funka. Wiele w tym racji [w końcu wiedzą, co grają], ale drum’n'bassu w ich twórczości nie ma wcale [a szkoda, patrz wpis poniżej]. Zdecydowanie najwiecej zaś wyrysowanego od linijki, technicznego death/grind.
Na płytę składa się 10 kompozycji, wziętych w klamrę utwórów Mind Collapse [pierwszy i najkrótszy] i Brainwashing [ostatni i najdłuższy]. Wszystko, co się dzieje pomiędzy tymi tytułami daje takie właśnie efekty. Riffy na “Insects Society” mają długość życia przeciętnego insekta, np. jętki, co w przełożeniu na muzykę oznacza, że trwają kilka sekund i od razu zastępowane są przez zmasowany tłum następnych, równie pokręconych strunowym artretyzmem. Takie dźwięki mogłyby tworzyć zmutowane świerszcze, lub cykady. Praca gitar to momentami wręcz koronkowa robótka ręczna z drutu kolczastego.
Te co krótsze riffy wyskakują z głośnika i jak stado pcheł, dotkniętych chorobą szalonych owadów, skaczą sobie wesoło dosłownie po wszystkim. A zaraz potem pojawiają się potężne, dławiące zwolnienia, bez litości wciągające pod bęben walca drobne riffy. I tak w kółko, a raczej w kwadrat, bo technika wykonania wszystko zamienia tu w kąty proste.
Bardziej ‘organiczna’ jest w twórczości Fulcrum perkusja. Cechuje ją chropowate brzmienie, pełne narośli w postaci różnych przeszkadzajek, wyskakujących znikąd uderzeń w talerze i nieoczekiwanych zmian temp. Tworzy to niesamowicie gęstą strukturę, jak kora starej, rosochatej wierzby. Równie kostropate są wokale, których spektrum rozciąga się od core’owego pokrzykiwania, przez growle, aż po grindcore’owe gardłowe kwiczenie.
Bywa też, że nagle z chaotycznej nawałnicy dźwięków wyłania się bardziej konwencjonalna muzyka, z czytelnym [czyt. wolniejszym] tempem i prostszymi motywami gitarowymi. Przykładowo w Fuck Thursdays pojawiają się nagle elementy intensywnego, basującego funka, którego nie powstydziłby się sam Jamiroquai, pod warunkiem, że postanowiłby grać funkcore. Takich momentów, w których zespół puszcza oko do słuchacza jest więcej.Ale taka ‘normalna’ muzyka pojawia się tylko na chwilę, uchyla kapelusza i zaraz zostaje wciągnięta przez swoich zwariowanych dźwiękowych towarzyszy w arytmiczną kanonadę.
Niestety poprzez tę gęstość, muzyka Fulcrum popada w ‘nadmiaryzm’; można odnieść wrażenie, że w obrębie jednego utworu wszystkiego jest po prostu za dużo, a to czasami męczy. Powstaje też obawa, czy to nie jest sztuka dla sztuki, czy technika dla techniki. Ale to bolączka każdego technicznego i ocierającego się o matematykę
grania, taka choroba zawodowa.
Szczęśliwie numery nie są za długie [poza ostatnim], co pozwala utrzymać, choć czasem z trudem, skupienie uwagi na tych rytmiczno-gitarowych wygibasach. I nie jest to tylko szereg następujących po sobie dźwięków, są tam harmonie, a nawet, choć zdegenerowane, melodie.
Ostatni utwór, trwający prawie 15 minut [chyba najlepszy na płycie] Brainwashing, to dosłowne pranie mózgu.Numer jest wolniejszy, nie aż tak skondensowany, jak reszta płyty. Gdzieś w ósmej minucie pojawia się w tle wirujący, monotonny riff, przypominający rozregulowany bęben pralki. Potem następuje wymiana obłąkanych solówek, włącznie z solo rodem z Rage Against The Machine, które zamienia się w jakąś progresywną eskalację flażoletowej przestrzeni. Wciąż z zapętloną wirówką gitarową w tle.
Na szczęście grind w Fulcrum to nie jest ten, nazwijmy to ’spontaniczny’, czyli ‘byle brudniej, szybciej i do przodu’, tylko ‘techniczny’, przemyślany i bezlitośnie precyzyzjny.
“Insects Society” grupy Fulcrum to zdrowa dawka chorych dźwięków dla zwyrodniałych uszu.
Fulcrum – Insects Society [2009]

To jest coś, czego szukałem! Pomyślałem, gdy w słuchawkach rozbrzmiały pierwsze takty “Turbulence”, trzeciej płyty szwedzkiego zespołu Brother Ape. Już sama nazwa grupy przypadła mi do gustu, bo czuję jakąś atawistyczną sympatię do wąsko- i szerokonosych naczelnych. I taka trochę małpia jest ta muzyka, choć nie ma mowy o małpowaniu.
W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.
Proghma-C – “progressive machine number C”, lub “samorozwijająca się i kształtująca maszyna do tworzenia muzyki progresywnej”. /Proghma-C/