Krew z krwi

•29 październik 2009 • 4 komentarzy

pelican W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.

Według legend pelikan był również bardzo oddanym rodzicem, który potrafił wykarmić pisklęta krwią z piersi, którą sam rozrywał. Wedle innej legendy, rozrywając pierś, krwią ptak ożywiał młode zaduszone w przypływie czułości przez pelikana lub pelikanicę [w zależności od wersji legendy].

Ta metafora całkiem dobrze pasuje do twórczości Pelican. W początkach swej kariery Pelican autentycznie rwał pierś. Z dwóch pierwszych wydawnictw Amerykanów, “Pelican” i “Australasia”, jak z żył, wylewały się obfite strugi gęstej, muzycznej krwi; krwi ciemnej, odtlenowanej, a jednocześnie bogatej w produkty przemiany materii.

Jeszcze na “The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw ” Pelican wlewał w uszy słuchaczy krew żylną, choć dodawał już do niej krwi tętniczej; jaśniejszej, natlenowanej. I zgodnie z tytułem tej płyty, w gardle zapoczątkowała się ustrojowa odwilż Pelican. Tę zmianę różowa krechą zaznaczyła EP “Pink Mammoth” z 2007, zawierająca jeden ze sztandarowych utworów Pelican – Mammoth w wersji ‘pink’, znacznie odchudzonej i wygładzonej. I choć to nie była bardzo zła wersja, to wyobraźcie sobie uczesanego mamuta… prawda? Swoją drogą trzeba mieć sporo odwagi i poczucia humoru, by plejstoceńskiego giganta pomalować na różowo…

Brzmienie Pelican przez 8 lat swojego istnienia stopniowo krzepło, od kostropatego sludge do bardziej wyważonego grania, oscylującego między post-rockiem a post-metalem. I takie granie zespół prezentuje na dwóch ostatnich płytach: “City Of Echoes” i najnowszej, “What We All Come to Need”. W porównaniu do gęstej zawiesiny z “Australasia”, muzyka na nowym krążku sprawia wrażenie substytutu, ‘krwi instatnt’. Tętnicza krew Pelican ma ładny odcień [vide okładka], szczególnie w świetle, ale nie jest aż tak treściwa. W jednym z wywiadów gitarzysta Trevor De Brauw stwierdził: ‘nie uważam, żeby Pelican był zespołem metalowym. Myślę, że jesteśmy częścią tej grupy kapel ze Środkowego Zachodu, która miesza agresywne brzmienie z wrażliwością pop.’ W obliczu tej deklaracji, nowe brzmienie zespołu nabiera sensu.

Coś za coś. Zmęczony otwieraniem żył, zespół sięgnął do tętnic. Nowa krew Pelican jest ożywczo natlenowana, mieni się pięknym szkarłatem i odcieniami jesieni. Choć w gitarach nie ma już tyle treściwej tkanki łącznej, co kiedyś, pozostały bardzo zgrabnie napisane kompozycje, pełne świetnych, tętniących melodii. To widocznie wpływ tlenu. Pomimo, że Pelican nie gra już ciężko, momentami, gdy sploty tętnic zbliżają się do splotów żył, ten ciężar można wyczuć; w charakterystycznych, zakręcających riffach, które słychać choćby w dość masywnym utworze Creeper, czy Ephemeral. Być może odpowiedzialni są za to znakomici goście, którzy pojawili się na albumie, jak m. in. Greg Anderson [Sunn O)))], czy Aaron Turner [ISIS].

Zmieniło się też jeszcze jedno. Prawie wszystkie kompozycje na “What We All Come to Need” są instrumentalne. Prawie. Muzycy podkreślali, że nie mają nic przeciwko obecności wokalu, nie wiedzą tylko, jak go umieścić w swojej muzyce. Czegoś się jednak dowiedzieli, bo w zamykającym płytę “Final Breath” pojawia się głos Bena Verellena z Harkonen. Z brakiem wokalu w pozostałych kompozycjach zespół radzi sobie krwistymi melodiami.

Jak wyjaśniają sami muzycy, “nowy album mówi do szybko chylącego ku upadkowi świata, że spełnienie, jakie znajdujemy w sobie nawzajem, daje siłę do wzniesienia się ponad nasze rozczarowania.” Co prawda serce nie roście, patrząc na te czasy, ale słuchając tej muzyki to już jak najbardziej.

Pelican – What We All Come To Need [Southern Lord Records, 2009]

myspace

Progmatyczne origami

•18 październik 2009 • Dodaj komentarz

proghma2 Proghma-C – “progressive machine number C”, lub “samorozwijająca się i kształtująca maszyna do tworzenia muzyki progresywnej”. /Proghma-C/

Bardo (skt. antarabhawa) – w dosłownym tłumaczeniu stan pośredni. Pojęcie buddyjskie z języka tybetańskiego określające każdy przejściowy stan egzystencji: życie, medytację, sen, śmierć. Najczęściej używane w odniesieniu do stanu pośredniego pomiędzy śmiercią a kolejnymi narodzinami. /wikipedia/

”Bar-do Travel” – to nieco odstany, ale nadal świeży debiut trójmiejskiej maszyny do tworzenia muzyki progresywnej. Jak wiadomo wino im starsze, tym lepsze, dobrze jednak, że Proghma-C znalazła wreszcie sposób na wyjście z bardo ‘podwodzia’ [w końcu to zespół znad morza]. Co za długo, to niezdrowo.

Sama nazwa – Proghma-C- determinuje już brzmienie tego zespołu. Kojarzy się z tabliczkami znamionowymi na skomplikowanych maszynach, pełnymi skrótów, cyfr i oznaczeń. Kojarzy się też z precyzją, maszynową dokładnością i matematyczną prostotą.

Jak mówią sami muzycy: “Proghma-C to twór, który podlega ciągłym przemianom, licznym eksperymentom muzycznym a przede wszystkim nieprzerwanej chęci tworzenia muzyki, która zawsze będzie dla nas nieodkrytą przestrzenią piękna. Inspiracje klimatami trans, ambient, rock, pop, new age, death, fusion czy progressive towarzyszą nam od lat.”

To po prostu gitarowe origami. Odnajdywanie piękna w prostocie kształtów. Ta japońska sztuka, choć odnosi się do pozornie prostej czynności, jaką jest składanie kartki papieru, ma sztywne reguły: punktem wyjścia ma być kwadratowa kartka papieru, której nie wolno ciąć, kleić i dodatkowo ozdabiać. Wolno jedynie zginać. Nie inaczej jest z muzyką Proghma-C. Z kwadratowych dźwięków i charakterystycznej, djentowej* gitary Smagi, poprzez ich zaginanie powstaje figura zaskakująca swoją precyzją. Jednocześnie tych dźwiękowych zagięć jest tyle, że ta origamiczna-progmatyczna struktura nabiera gęstości.

Te sztywne, matematyczne dźwięki nabierają gracji i wysmuklają się dzięki wszechobecnej elektronice, isnpirowanej twórczością mistrzów ambientu lat ‘80: Jean-Michel Jarre’a, Steve’a Roacha, czy Briana Eno. Zimne linie proste sekcji gitarowo-rytmicznej wygładza i ożywia głos Boba, który przechodzi od czystch partii, przypominających czasami manierę Maynarda Keenana, po brutalne szarpanie strun głosowych i krzyki. Dzięki wokalowi i elektronice te dźwięki nabierają kształtu i wiemy, że Proghma-C na swej debiutanckiej płycie poskładała origamiczny model kotła grzewczego z numerem ‘C’ i buddyjską wkładką. A kończy się coverem z repertuaru Björk: intensywnym, niepokojącym i chyba mało buddyjskim w wymowie “Army Of Me”.

Proghma-C często porównywana jest do szwedzkich matematycznych obłąkańców z Meshuggah. Jednak są to porówania nieco na wyrost. O ile baza jest podobna, czyli połamane, kanciaste riffy Smagi i perkusja Kumana, bijąca w ‘nieeuklidesowym’ metrum, to jednak zarówno zarys, jak i ogólny wizerunek muzyki obu zespołów jest już odmienny. Meshuggah to gęsty monolit, w muzyce Proghma-C jest dużo więcej przestrzeni. W zwartą gitarową strukturę co i rusz wsączają się wszak pasma ambientowych dźwięków.

Podczas prawie godzinnej podróży słuchacz doświadcza każdego przejściowego stanu egzystencji: życia, medytacji, snu i śmierci, bo przecież płyta musi się kiedyś skończyć. Czyli doświadcza bardo. Jednak w wykonaniu Proghma-C, “Bar-do Travel”, przez ten z pozoru nic nie znaczący myślnik, sprawia wrażenie humorystycznej wersji buddyjskiej praktyki poznawczej, wykonywanej w “next whisky bar”. Humor i filozoficzne odniesienia sprawiają, że muzyka Proghma-C to ‘matematyka z duszą’. Parafrazując wieszcza, „czucie i wiara na równi mówi do mnie, co mędrca szkiełko i oko”.

*patrz definicja nr 1 i 2

Proghma-C – Bar-do Travel [Mystic Production, 2009]

myspace

Chtoniczni górale

•17 październik 2009 • Dodaj komentarz

red2

Kilka lat temu, polecając zespół Baroness innym, jakiś internauta użył skrótu: ISIS + Mastodon. Każdy, kto w swej naiwności sądził, że oto powstała hybryda dwóch bodaj najbardziej wpływowych/twórczych grup współczesnego ciężkiego grania, rozczarował się. Ale było to rozczarowanie pozytywne. I choć trudno się dosłyszeć wpływów wyżej wymienionych w twórczości Baroness [szczególnie najnowszej], to orbita, po której poruszają się wszytkie trzy zespoły jest na swój sposób zbieżna.

Baroness to zespół nieoczywisty. Z jednej strony podchodzi do swojej twórczości ze sporą dawką dezynwoltury. Dwie pierwsze EP nosiły po prostu tytuły “First i “Second”. Również tytuły longplayów nie grzeszyły wymyślnością: “Red Album” [2007] i “Blue Record” [2009]. Brzmi to, jakby muzycy nie przykładali zbyt dużej wagi do ’szat’, w ajkie ubrana jest ich muzyka. Z drugiej zaś strony okładki tych wydawnictw zdobią małe dzieła sztuki: misternie wykonane, pełne szczegółów i ekspresyjne okładki autorstwa Johna Baizleya, gitarzysty i wokalisty grupy. Dbałość o okładki jest zresztą jedną z cech charakterystycznych tego typu grania.

blue_record2

Baizley, tworząc okładki Baroness wyraźnie inspiruje się malarstwem Alfonsa Muchy – jednego z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siecle’u. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle époque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami.
Nie inaczej jest z pracammi Bailzeya, choć jego kobiety miewają często pełniejsze kształty.

Okładki obu płyt zespołu Baroness są bliźniaczo podobne, choć utrzymane w innej tonacji kolorystycznej. Intensywnie czerwona okładka “Red Album” sprawia, że muzyka na płycie nabiera rumieńców i wydaje się być ciepła. Energia emanująca z kompozycji rozgrzewa zarówno gęstem, nieco przybrudzonym brzmieniem, jak i melodiami, tworzącymi wręcz przyjazny klimat [np. The Birthing, Grad]. Baroness ma niebywałą zdolność tworzenia chwytliwych, a niebanalnych, niemal secesyjnych linii melodycznych. Melodie te świetnie podsyca sprawna i urozmaicona sekcja rytmiczna, trzaskająca na “Red Album” niczym ogień w kominku, czy ognisku.

Siła sugestii okładek jest duża. Bo to chłodny błękit okładki “Blue Record” sprawia, że płyta jest ostrzejsza. Nawet nie tyle cięższa, co bardziej, wyostrzona. Gitary brzmią bardziej zadziornie, z muzyki bardziej przeziera chłodna melancholia, niż ciepła nostalgia, charakterystyczna dla “Red Album”. Zresztą, panie z pełnej symboli, niebieskiej okładki spogladają na słuchacza dość chłodno.

Tradycyjnie zespół częstuje chórlanie wykrzykiwanymi frazami i melodycznymi arabeskami. W chłodniejszym klimacie wykuwa styl, z sukcesem zainicjowany na “Red Album”. W dole okładki można zobaczyć spienioną wodę potoku. Ta potoczystość przenika też do muzyki. Ażurowe, skomplikowane melodie i soczyste solówki pięknie pienią się na otoczakach twardej sekcji rytmicznej.

Baroness pochodzi z Georgii i Virginii; dwóch stanów, które przecina potężny, najdłuższy w Ameryce Pólnocnej łańcuch górski: Appalachy. Góry te są zbudowane z bardzo starych skał osadowych prekambru i paleozoiku. I ten prastary osad wyraźnie słychać w twórczości appalachijskich górali z Baroness. Muzyka Baroness jest przesiąknięta tamtejszym folklorem, choć przecież nie gra muzyki folk. Świadczą o tym choćby takie utwory, jak O’Appalachia na “Red Album” i Ogeechee Hymna na “Blue Record”, sławiące góry i rzekę w stanie Georgia.

Obie płyty spowite są w tę dziwną, mitologiczną, appalachijską mgiełkę; klimat właściwy tylko dla tego zespołu, co czyni go jeszcze bardziej fascynującym. Baroness brzmi, jak wrośnięty w tę ziemę, góry, tamtejsze historie, mity. Właśnie w Appalachach przetrwało najwięcej starych zwyczajów i pieśni, ktore z czasem nabierały amerykańskiego kolorytu i tworzyły tamtejszy folklor.

To bardzo chtoniczne i jednocześnie organiczne brzmienie prosto z potężnych Appalachów.

“Raise your voices
This is where the good times went from me
Breathe in choruses
This is where the waning sated me
Stand in valleys
This is where the rivers coursed my veins
Line the shoreline
This is where my blood will ebb away”

[Baroness - O'Appalachia]

Baroness – Red Album [Relapse Records, 2007]

Baroness – Blue Record [Relapse Records, 2009]

myspace – John Baizley

myspace – Baroness

Gorzkie żale

•15 październik 2009 • Dodaj komentarz

jodis_male Jodis to kolejna odnoga w twórczym meandrowaniu nazwisk wszem i wobec znanych, a tu i ówdzie nawet lubianych. Sekretny dom zbudowały trzy osoby; Aaron Turner, głosowy i wiosłowy ISIS, oraz James Plotkin i Tim Wyskida: odpowiednio, basowy i garowy z Khanate [które/która straszy].

Jeśli na “Secret House” jest strach, to wdziera się podskórnie, niezauważalnie, wpleciony w babie lato snujących się w przestrzeni niby-melodii, sprowadzony potem co najwyżej do niepokoju, że muzyka nagle zniknie w ciszy. Bo co chwila się od tej ciszy odbija.

Cała ta płyta sprawia wrażenie ‘niby’. Brzmi, jakby nagrana została w przerwie między sesjami nagraniowymi poszczególnych zespołów macieżystych, lub muzycy zostali ‘po lekcjach’ żeby pojamować. A ktoś od niechcenia włączył ‘REC’.

Gitara Turnera to pojedyncze, leniwe akordy, sąsiadujące ze sobą w kilku-kilkunastosekundowych odstępach, układające się w jakąś niemrawą niby melodię, która zdaje się mówić “no nie chce mi się, ale co tam, dojdę przynajmniej do winkla”. Z tyłu z kolei pan Wyskida błądzi sobie niby od niechcenia po perkusji, w ktorej prym wiedzie kocioł i werbel, a blachy nie istnieją. Bas Plotkina pulsuje w agonalnym rytmie. Aaron coś tam niby śpiewa, niby zawodzi, a czasem nawet pokrzyczy.

Ta muzyka nigdzie się nie spieszy, raz się wyostrza przy mocniejszym uderzeniu w struny/werbel, raz blednie w minimalistycznych pogłosach i echach. Zupełnie jak na okładce. Zwisające z góry strzępy zwężają się, blakną i rozmywają w bieli. Połowa tej płyty rozgrywa się na drugim planie, za gitarą i basem, gdzieś między werblem, a zupełnie wycofanym, jakby dobiegjącym z oddali głosem. Brzmi to tak, jakby każdy z muzyków stał gdzie indziej. Gitara bliżej mikrofonu, perkusja trochę dalej, bas pośrodku, a głos zupełnie z tyłu. A przecież w tym przypadku gitara i głos to jeden człowiek.

Pewnie każdy mógłby coś takiego nagrać, brzdąkając w gitarę i bas, a czasem waląc w bębny. Ale nie każdy to nagrał; no i to pewnie nie lada sztuka nagrać coś, żeby brzmiało tak od niechcenia. Taki niby niedbały ambient blues, indie drone, post-rock, sprany do pojedynczych dźwięków. Szamańskie gorzkie żale.

Jodis – Secret House [Hydrahead Records, 2009]

myspace

W kilku zdaniach: Progressive Nation Tour 2009

•1 październik 2009 • Dodaj komentarz

Disclaimer: nie ukrywam, że do Bydgoszczy wybrałem się głównie ze względu na supporty. Viewer discretion is advised.

Unexpect – Muzyka połamana zgrabnie i powabnie jak klasyczne origami. I równie ciesząca zmysły. Szkoda tylko, że zaprezentowana za krótko, zza kiepsko poskręcanych gałek. Włosy wokalistki Leilindel sięgają samego Hadesu, a bas ChaotHa ma szerokość solidnego wiaduktu. I brzmienie też. +++

Bigelf – Z niezobowiązującą wizytą na herbatce u szalonego kapelusznika i jego kolegów z Cheshire. Herbatka utrzymana w pięknej tonacji psychodelicznej czarnych sabatów, różowych pryzmatów i innych miazmatów [np. karmazynowych królów]. Stanisław Lem, Imperator Palpatine i Lord Vader polecają. +++

Opeth – Mocno, solidnie, czytelnie; słowem, osławiona skandynawska jakość. Tylko zagrane jakoś tak bez przekonania… Ogromny plus za “April Ethereal”. ++

Dream Theater – Mnóstwo oszałamiającej techniki, stylistycznej ekwilibrystyki, elektroniki i solipsystycznej solistyki*. Tylko mało miejsca dla muzyki. Jak nie byłem przekonany, tak nie jestem.

“Wielka poezja, będąc wielką i będąc poezją, nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca.”

“Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. ++ [za technikę]

*solipsystyczna solistyka – nurt w muzyce polegający na graniu solówek tak, jak gdyby tylko grający był na scenie ;) patrz: solipsyzm