Fuck The Vikings II

•5 Kwiecień 2011 • 4 komentarzy

„I’m a bit of a bully, you know” – powiedział w grudniowym wywiadzie Daniel O’Sullivan, „nowy” muzyk w Ulver. W swojej naiwności przetłumaczyłem to jako „lubię się wpychać”, podczas gdy właściwe znaczenie tego słowa to tyran, despota, łobuz. I takim łobuzem jest O’Sullivan na Wars Of The Roses, najnowszej płycie Ulver, zapowiadanej jako Critical Geography. On tę płytę styranizował. A może nawet cały zespół.

Muzyczna wizja Anglika wyziera na każdym kroku podczas słuchania Wars Of The Roses. O’Sullivan wlał w nowy krążek Ulver mnóstwo flegmatycznej, angielskiej mgły i nie tylko [patrz tytuł]. To chyba najbardziej analogowa płyta Ulver, choć zarówno Blood Inside, jak i Shadows Of The Sun zdradzały już zainteresowanie bardziej „ciepłymi” dźwiękami niż chłodne syntezatory.

Nawet otwarcie drum’n'bassowy pierwszy utwór, February MMX jest zagrany na ‘żywej’ perkusji, a brzmienie nasuwa na język słowo ‘soft’. Ulver próbował już muzyki tanecznej [na EP Metamorphosis] i właśnie w porównaniu z szorstkimi Of Wolves & Vibrancy, czy Limbo central słychać różnicę.

Poczucie ‘analogowości’ pogłębiają smyczki, gitara i wspomniane żywe bębny. Elektronika jest, oczywiście, ale brzmi bardziej organowo, niż cyfrowo i jest jakby schowana pod zmechaconym płaszczem brzmień tradycyjnych instrumentów.

Daniel O’Sullivan lubi nie tylko analogowe brzmienia, ale też estetykę. Wyraźnie słychać na Wars Of The Roses fragmenty, które mogą się skojarzyć z pozostałymi formacjami O’Sullivana; czy to z eksperymentującym Guapo [fragmenty Norwegian Gothic, fragmenty Providence, ogólny klimat płyty], czy z retrokarnawałowym Miasma & the Carousel of Headless Horses [druga połowa September IV, końcowe fragmenty Island]. Podobnie z partiami wokalnymi; nawet Garm ze swoim głosem zdaje się powielać podobne pomysły, jakie w wykonaniu O’Sullivana słyszeliśmy na koncertach w roku 2010.

Powidokiem poprzednich dokonań Ulver wydaje się być utwór Island, w którym elektronika na chwilę wysuwa się na plan pierwszy.

Wars Of The Roses snuje się w angielskiej mgle, brakuje tej płycie dramaturgii [która tak ważna była podczas koncertów], rytmu. Muzycy wspominali, że będzie to płyta bardziej ‘piosenkowa’. I jest, choć nie są to zwykłe piosenki. I albo muzycy stwierdzili, że jest za bardzo piosenkowa, albo zabrakło im pomysłów, bo część
kompozycji [Providence, England, momentami Island] rozjeżdża się pod koniec w jakieś dziwaczne i wiodące donikąd plamy dźwiękowe bez większej wartości. Nie wspominając o nadmuchanym, patetycznym Stone Angels, recytowanym w całości przez O’Sullivana. Sam ‘podkład muzyczny’ jest nawet interesujący, ale z pretensjonalną recytacją O’Sullivana nie da się go słuchać.

Cała ta płyta brzmi tak, jakby ktoś miał w ręku potencjometr z napisem „potencjał” i przykręcił go trochę w stronę ‘min.’. Może po kilkunastu odsłuchach róża rozkwitnie i ukaże całe swoje piękno, ale na razie nowa płyta Ulver jest wciąż niepełna, niedojrzała.

hajlajty: September IV, Providence do 5 minuty [bez śpiewu Siri Stranger i późniejszych pochrząkiwań Attili Csihara], Island.

Ulver – Wars Of The Roses [Kscope, 2011]

myspace

Pyroklastisches Sediment

•12 Marzec 2011 • Dodaj komentarz

Niemiecka grupa Tephra zwróciła moją uwagę w 2007 r., gdy wydała swój debiutancki album, A Modicum Of Truth. Na tej płycie Niemcy z pomysłem podeszli do tematów, ogrywanych przez takie grupy jak Cult Of Luna, czy Isis. Co odróżniało Tephra od coraz liczniejszych post-metalowych załóg, blednących w rozmazanych przesterach, to ręka do dobrych, zapadających w pamięć riffów.

W odróżnieniu od walcowatego debiutu, najnowszy album Tephra, Tempel, to eksplozja dynamiki i zróżnicowanych temp. Tephra to po naszemu materiał piroklastyczny – okruchowe produkty wybuchu wulkanicznego. Na szczęście w przypadku zespołu o tej nazwie nie zastygł on w ładny eksponat geologa-kolekcjonera, tylko wciąż pulsuje rozgrzanym rytmem wnętrza Ziemi.

Co prawda brzmienie Tempel jest nieco ‘suche’ [mnie kojarzy się z płytą Malval Szwajcarów z Shora], jakby celowo ‘słychać studio’, to jednak dobrze wyczuwalna jest podskorupowa proweniencja.

Utwory są szybsze, bardziej dynamiczne. Tephra po raz kolejny udowadnia, że gitary w rękach muzyków nie służą li tylko powiększaniu grona fanek. Właściwie każdy utwór na tej płycie mam moment, który z siłą magmy wgryza się w pamięć. Mnie osobiście kręci się od kilku dni finał otwierającej płytę kompozycji Ghost.

Niemcy zgrabnie też żonglują nastrojami. Od klimatów a la ‘Cult Of Luna na fast forwardzie’, przez ‘rock experimental’ zalatujący wspomnianą już grupą Shora [Seven Teeth], niemal desert-post-rockowe klimaty [How The West Was Lost] po rasowy post-metal z kapitalnym finałem w utworze tytułowym.

Inspiracje na Tempel są słyszalne [albo moje skołatane uszy padły ofiarą komparatystyki totalnej], ale ponownie, nie jest to zarzut. Oryginalność za wszelką cenę nie jest najważniejszym kryterium oceny w moim przypadku. Oczywiście może być tak, że te podobieństwa słyszę tylko ja, tak jak niektórzy słyszą głosy.

W Chains And Pounding Hooves słychać charakterystyczne ‘bicie’, podobne do utworu Immigrant Song Led Zeppelin. How The West Was Lost zaczyna się podobnym motywem, jak Sleeping Giant Mastodon [znowu ta mastodontoza!]. Tak samo w utworze tytułowym, początek narzuca skojarzenia z Ghost Of Karelia, autorstwa powyższego ansamblu, a dalej riff podobny jest do Eoarchaean The Ocean. To ostatnie nawet nie dziwi, bo jeden z muzyków Tephra kiedyś się przewinął przez ogromny skład The Ocean.

Ale te podobieństwa niczego nie ujmują nowej płycie Niemców, a nawet wzbogacają smak tego muzyczno-wulkanicznego amalgamatu.

Mnogość nastrojów, zapadające w pamięć, a niebanalne zarazem melodie i riffy to bardzo dobry miąższ nowej płyty Tephra.

Tephra – Tempel [Golden Antenna, 2011]

myspace

Zagraj to jeszcze raz, Buster

•19 Luty 2011 • Dodaj komentarz

Całkiem niedawno, dosłownie na naszych oczach [uszach] pojawił się zupełnie nowy gatunek muzyki – djent. Odpowiedzialnych jest za to kilku szalonych wikingów, rozmiłowanych w suwakach logarytmicznych.

Meshuggah szybko znaleźli miłośników przetrąconych rytmów i w mig zaroiło się od lepszych [np. bulb, Animals As Leaders, Cloudkicker, Textures] i gorszych [TesseracT] naśladowców. Niestety wielu postanowiło udowodnić, że są bardziej meszugowi niż sama Meszuga. Na szczęście są i tacy, którzy w tym labiryncie dźwięków szukają własnej ścieżki.

Na przykład amerykańska grupa Admiral Angry. W 2008 r. wydała swoją jedyną jak dotąd ciężkogrającą płytę – „Buster”. Pomysł Kalifornijczyków na własne podejście do meszugokształtnych dźwięków jest banalnie prosty, ale skuteczny. Zamyka się w jednym słowie – wolniej.

W tym przypadku wolniej oznacza też ciężej, a na pewno bardziej masywnie. Utwory na płycie Admiral Angry wloką się jak niewyspane czołgi; gitary brzmią tak, jakby ktoś zamiast strun założył na nie grube linie wysokiego napięcia, lub stalowe liny, podtrzymujące maszty anten. Wszystko tu drga, burczy i rezonuje. Zresztą samo brzmienie ma wyraźny, zimny, stalowy posmak. Teksty tradycyjnie są wywrzaskiwane. Ale nie growlingiem, czy skrzekiem, ale ochrypłym, „manifestacyjnym” krzykiem.

Admiral Angry jest szalony, ale nie w obłąkańczym stylu „When you see the white whale. Break your backs and crack your oars”, bardziej w stylu „Though this be madness, yet there’s method in’t”. To metodyczne zarażanie obłędem, klocek po klocku, jak w tetrisie.

Niestety nie usłyszymy wiele więcej muzyki Admiral Angry. Daniel Kraus, który pisał całą muzykę w zespole, zmarł tragicznie w 2009 roku. Grupa wydała jedynie EP A Fire to Burn Down the World, zawierającą materiał napisany jeszcze przez Daniela. Co dalej z zespołem, nie wiadomo.

Pozostaje „Buster”. Szalona, ciężka i połamana muzyka, zagrana z niewzruszoną, stoicką miną Bustera Keatona.

Admiral Angry – Buster [Shelsmusic, 2008]

myspace

Pan w ufie

•3 Luty 2011 • Dodaj komentarz

Utwór „Humming” autorstwa Portishead rozpoczyna się od wibrującego dźwięku, który nieodmiennie kojarzy mi się ze starymi filmami s-f, pełnymi drżących latających talerzy, cewek elektrycznych, statków kosmicznych w stylu Gernsbacka i pseudonaukowego żargonu. Jednak Humming wprowadza w ten klimat coś z zewnątrz: nastrój noir.

Wyobraźcie sobie „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” [1951] w stylu czarnego realizmu poetyckiego; film, w którym Klaatu znalazł sens swojego kosmicznego życia – miłość. Zakochuje się w Ziemiance, ale i tak musi zniszczyć Ziemię – potencjalnie niebezpieczną planetę, zamieszkaną przez niestabilną rasę.

Albo „Plan dziewięć z kosmosu” [1959] jako film noir. Plan kosmitów to nie przejęcie władzy nad ludźmi, tylko zadekowanie się na Ziemi. Grupa straceńców, po nieudanym ‘ostatnim skoku’ w rodzimym świecie ucieka na rubieże galaktyki. Kosmiczni przestępcy szukali kryjówki, a na Ziemi są przykuwającą uwagę sensacją za sprawą swoich pojazdów kosmicznych. Tropi ich ziemski detektyw alkoholik, uzależniony od pulpowej literatury s-f. W końcu ucieka w kosmos razem z nimi.

Albo „E.T.” [1982] jako przytłaczająca historia o everymanie, wrobionym przez międzygalaktyczną szajkę w przemyt na skalę kosmiczną. Niezgrabny kosmita – przemytnik ląduje na Ziemi wskutek awarii pojazdu. Musi się spieszyć, cenny towar szybko się psuje. Termin realizacji nielegalnego zamówienia zbliża się nieubłaganie. Dlatego E.T. desperacko stara się „phone home”, tym bardziej, że szajka ‘pod zastaw’ przetrzymuje rodzinę kosmity.

Te historie przebijają się przez tytułowy szmer w utworze Portishead. Trzeba się tylko wsłuchać w sygnały z kosmosu.

Lecę już, pan w ufie nie będzie czekał zbyt długo, a do Roswell daleko.

Znał proporcją

•26 Styczeń 2011 • Dodaj komentarz

No i Bruce Lamont nagrał najlepszą rzecz od czasu „Samsary” Yakuza, bo zarówno dwie ostatnie płyty tej formacji, jak i projekt Circle Of Animals [z Sanfordem Parkerem z Minsk] jakoś nie zachwycały, choć ‘zachwyt’ zdałoby się miały zaszyty w nazwach i nazwiskach. A tu buba. Epicki upadek.

Tymczasem „Feral Songs For The Epic Decline”, pomimo nieciekawej okładki [czaszki lepsze były w komiksie "Zagłada Wielkiej Wyspy" i w ogóle czaszki to wiedźmi atrybut i już.] i wbrew tytułowi upadkiem nie są. To kawał niezłych piosenek [słowo epicki się wypaczyło i już nie pasuje do ram znaczeniowych]. O ile nie wpadły mi w ucho dźwięki z „Transmutations” ani „Of Seismic Consequence”, to pierwsze frazy z takiego “One Who Stands On The Earth” sobie nawet przy goleniu owiec można zanucić. A żeby było zabawniej, Lamont nagrał swoją solową płytę razem z Sanfordem Parkerem, tym samym, z którym stworzył taki se ‘industrialny’ album Circle Of Animals.

Do solowej płyty Lamont podszedł najwyraźniej z większym luzem, bez spięcia i nadęcia, charakterystycznego dla japońskiej mafii. Oni się tam nie uśmiechają. Nie żeby sekcja dęta Yakuza uśmiechała się na swoim debiucie solowym. Raczej się szczerzy ta nieszczęsna czaszka. „Feral Songs For The Epic Decline” to nisko płożące się udziwnione pieśni z okolic amerykańskiego folku/americany, grane na zmutowanym saksofonie i gitarze przez jakiegoś steampunkowego nomadę z Dziwnego Zachodu. Szczęśliwie tych industrialnych zardzewiałych rurek i żelastwa jest mniej więcej tyle samo, co starego drewna i suchego pyłu. Czyli muzyk zastosował się do starożytnej maksymy „znaj proporcją mocium panie”. I dobrze.

Na tle całej płyty, utrzymanej własciwie w podobnej tonacji nastrojowej, odcina się tylko hałaśliwy, niemal kakofoniczny Deconstructing Self Destruction. Jako kontrast, zaraz po nim pojawia się ostatni „2 Then the 3″, najbardziej konwencjonalna [i najkrótsza] kompozycja na płycie. W tym utworze momentami Bruce Lamont brzmi jak Damon Albarn w wydaniu Gorillaz, lamentujący nad martwym ciałem King Konga.

Wbrew pozorom ten drone-folk Lamonta, choć pełen sprzężeń, szelestów, dziwnie aranżowanego saksofonu, syntezatorów i innych odgłosów z otchłani, jest niemal sterylny w brzmieniu; daleko mu do gruzłowatości i improwizacyjnej szorstkości np. Natural Snow Buildings. Dzięki temu muzyka nabiera bardziej przestrzennego charakteru. W innych utworach głos Bruce’a brzmi trochę jak Brendan Perry [ale trochę]. I choć pan Lamont to nie Steve Von Till, to wokalna część płyty wcale nie razi.

„Feral Songs For The Epic Decline” to zgrabnie, z wyczuciem zagrana płyta, bez przekombinowanych kompozycji, z niezłymi melodiami i nastrojami. Mnie się podoba.

A posłuchać jej można TUTAJ.

Bruce Lamont – Feral Songs For The Epic Decline [At A Loss Recordings, 2011]

myspace

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.