Postępująca mastodontoza

•25 listopad 2009 • Dodaj komentarz

W nieodległym biurze rzeczy znalezionych, tamtejszy archiwista zapoczątkował nurt, zwany muzyczną komparatystyką asocjacyjną. Badania naukowe w tym nurcie zwykle rozpoczynają się od słów “ejże, kojarzę skądś ten riff/melodię/solówkę. Tylko skąd?”. I tu zaczyna się żmudna praca zwojów mózgowych, celem odnalezienia źródła skojarzenia. Są i tacy, którzy w przypływie sceptycyzmu nazwyają to komparatytstyką totalną, czyli, że niby wszystko się kojarzy ze wszystkim; zapewniamy jednak, że nie chodzi o szukanie podobieństw na siłę, ani deprecjonowanie twórcy skojarzonego. Słowo naukowca.

Sezon grypowy w pełni, nic więc dziwnego, że pojawiła się nowa jednostka chorobowa – mastodontoza. Zachorowały na nią dwie mocne premiery tej jesieni.

Struck By Lightning to nowy projekt Grega Lahma, znanego wcześniej z Mouth Of The Architect. O ile jednak w poprzednim zespole z pomocą głosu budował monolityczne kompozycje, które uderzały w słuchacza dopiero po kilku minutach, to w Struck By Lightning, zgodnie z nazwą, postawił na dużo szybsze i bezpośrednie doznania.

Wydany 1 września album “Serpents” ma bardzo wyraźne objawy mastodontozy. Gitary nie snują się dołami, jak w Mouth Of The Architect, a raczej przecinają przestrzeń rozedrganą linią, niczym jaśniejąca na niebie błyskawica. W takim Nothing Sacred, Watchful Eye, czy The Herd gitara skręca się w efektownie pokręcone, melodyczne fraktale, zupełnie jak np. na “Leviathan” Mastodon. Takich momentów, czy to melodii, zy riffów, czy zaśpiewów Lahma, przypominających twórczość bestii z Atlanty jest więcej. Ale to nie razi, bo melodie są chwytliwe i oryginalne, a tempo dynamiczne, więc muzyka jest świetnie przyswajalna.

Jednak głównym zadaniem Struck By Lightning jest dostarczenie ogromnych ilości energii i kązdy utwór uderza, niczym coup de foudre. To muzyczna burza w rodzaju tych, które rozpętują się nad laboratorium doktora Frankensteina, z widowiskowymi piorunami, walącymi co rusz w spiralne cewki i tym podobne urządzenia.

Travis Kline na perkusji szuka podobnych rozwiązań, co Brann Dailor.Bębny nie idą od początku do końca utworu po prostej linii rytmicznej, mają raczej połamaną, zygzakowatą trasę; zupełnie, jak piorun. Kline jednak często też pozwala sobie na pełne energii d-beatowe galopady [Nothing Sacred, Supercell], co nadaje tej płycie dużo wiecej luzu. Zresztą, na “Serpents” jest całkiem sporo hardcore-punkowej zadziorności, chropowatości i brudu, co akurat odróżnia debiut grupy Grega Lahma od raczej zdyscyplinowanego brzmieniowo Mastodon.

Nie da się jednak ukryć, że ślady przedpotowego trąbowca są na “Serpents” wyraźne. Stąd diagnoza: Płyta Struck By Lightning zdradza symptomy postępującej mastodontozy. I dobrze, bo będąc wielkim zwolennikiem twrczości Mastodon miło usłyszeć coś, co oparte jest na podobnym kośćcu, a jednak stanowi autonomiczną i atrakcyjną całość.

Druga premiera z objawami mastodontozy, choć nie aż tak widocznej, to “Axe To Fall” Converge. Z tą grupą jakoś ciągle się mijaliśmy przez ostatnich kilka lat, co sprawiło, że ich siódma płyta jest dla mnie pierwszą. Dlatego do najnowszego albumu Converge podchodzę jako tabula rasa. Pozwala to też na w miare obiektywne podejście do tej, jak się oakazało, kontrowersyjnej płyty.

Nie wszystkim powiem odpowiada zaskakująca melodyjność i ‘lekkość’ tego materiału, pomimo jego przytłaczającego ciężaru. Chaos, który być może nie przyciągał mnie do wcześniejszych wydawnictw Converge, na “Axe To Fall” zmienił się w kontrolowane szaleństwo.

W muzyce istnieje pojęcie interpretacji. I tak jak jazzman na swój sposób może interpretować czy standady jazzowe, czy The Beatles, tak Converge na swojej płycie w kilku utworach zinterpretowali Mastodon. Dark Horse, Reap What You Sow, czy Effigy [notabene z udziałem Ulfa "Uffe" Cederlunda (Disfear, ex-Entombed)] pokręconą melodyką przypominają właśnie Mastodon, z tą różnicą, że dotknięty chorobą szalonych trąbowców [znów ta choroba; ale w końcu mamy sezon]. To opętany zwierzęcą furią mastodont pędzący w rytmie d-beat przez alaskańską tundrę, pustynię Gobi, syberyjską tajgę, szkockie wrzosowiska, atlantyckie dno, argentyńską pampę, niszcząc pod mocarnymi nogami wszystko, co stoi na przeszkodzie. Takie wrażenia zostawia większość kompozycji na “Axe To Fall”.

Wreszcie Converge rozchlapuje Pacyfik, by zatanczyć bluesowe tango w żółwiami z Galapagos w wolniejszych momentach. Wystarczy posłuchać gniotących zwolnień w Worms Will Feed, czy Damages.”Axe To Fall” to szalony core’owy eksperyment na rock’n'rollu. O ile jednak w przypadku Billa Haleya był to Rock Around the Clock, to w przypadku Converge jest rock around akceleratora cząsteczek, lub innego zderzacza hadronów, tak wielką energię niesie ze sobą Converge. Jest na “Axe To Fall” masa gitarowej rdzy Kurta Ballou, opiłków na strunach głosowych obłąkanego wokalisty Jacoba Bannona i perkusyjne zgliszcza Bena Kollera. Jest też jednak miejsce na piękne melodie i klimat. Dwa ostatnie utwory, zapewne za sprawą gości, zupełnie odstają od zgiełkliwego rock’n'core’a/core’n'rolla, wypełniającego większość płyty.

W nastrojowym Cruel Bloom, w otoczeniu fortepianu i gitary akustycznej, Steve Von Till snuje jakąś starą, omszałą opowieść swoim niskim zawodzącym głosem. Monumentalny finał tego utworu do złudzenia przypomina A Season In The Sky z “The Eye Of Every Storm” macierzystej formacji Steve’a.

Z kolei Wretched World to pełna przestrzeni, niemal melancholijna wyprawa z gitarową ‘kukułką’ w tle, wokalnie prowadzona przez Mookiego Singermana z Genghis Tron.

Do “Axe To Fall” podchodziłem jako tabula rasa. Odchodzę [nie na długo] na pewno nie jako rasa, a raczej porysowany, poturbowany i pogięty. I nie tabula, a prędzej jej połamane szczątki. Quod erat demonstrandum. Nie ma to jak doświadczenie.

P.S.

I płyta “Axe To Fall” sprawiła, że sięgnąłem po wcześniejsze dokonania Converge. I jestem zadwolony.

Struck By Lightning – Serpents [Translation Loss Records, 2009]

Converge – Axe To Fall [Epitaph Records, 2009]

Struck By Lightning myspace

Converge myspace

Owadzia technika

•18 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Fulcrum to młody zespół z Trójmiasta. Nazwą chłopaki nawiązują do klasycznego myśliwca MiG 29 ‘Fulcrum’, bo grają z mocą eskadry MiGów, ale też do pojęcia z zakresu psychologii transpersonalnej, bo ich muzyka jest równie skomplikowana i porąbana.

“Insects Society” to długogrający debiut zespołu. Jak na debiutanckie wydawnictwo jest nadzwyczaj [a]społecznie rozwinięty. Sami muzycy twierdzą, że w Fulcrum grają bardzo ciężki, techniczny death/grind z elementami jazzu, drum’n'bassu i funka. Wiele w tym racji [w końcu wiedzą, co grają], ale drum’n'bassu w ich twórczości nie ma wcale [a szkoda, patrz wpis poniżej]. Zdecydowanie najwiecej zaś wyrysowanego od linijki, technicznego death/grind.

Na płytę składa się 10 kompozycji, wziętych w klamrę utwórów Mind Collapse [pierwszy i najkrótszy] i Brainwashing [ostatni i najdłuższy]. Wszystko, co się dzieje pomiędzy tymi tytułami daje takie właśnie efekty. Riffy na “Insects Society” mają długość życia przeciętnego insekta, np. jętki, co w przełożeniu na muzykę oznacza, że trwają kilka sekund i od razu zastępowane są przez zmasowany tłum następnych, równie pokręconych strunowym artretyzmem. Takie dźwięki mogłyby tworzyć zmutowane świerszcze, lub cykady. Praca gitar to momentami wręcz koronkowa robótka ręczna z drutu kolczastego.

Te co krótsze riffy wyskakują z głośnika i jak stado pcheł, dotkniętych chorobą szalonych owadów, skaczą sobie wesoło dosłownie po wszystkim. A zaraz potem pojawiają się potężne, dławiące zwolnienia, bez litości wciągające pod bęben walca drobne riffy. I tak w kółko, a raczej w kwadrat, bo technika wykonania wszystko zamienia tu w kąty proste.

Bardziej ‘organiczna’ jest w twórczości Fulcrum perkusja. Cechuje ją chropowate brzmienie, pełne narośli w postaci różnych przeszkadzajek, wyskakujących znikąd uderzeń w talerze i nieoczekiwanych zmian temp. Tworzy to niesamowicie gęstą strukturę, jak kora starej, rosochatej wierzby. Równie kostropate są wokale, których spektrum rozciąga się od core’owego pokrzykiwania, przez growle, aż po grindcore’owe gardłowe kwiczenie.

Bywa też, że nagle z chaotycznej nawałnicy dźwięków wyłania się bardziej konwencjonalna muzyka, z czytelnym [czyt. wolniejszym] tempem i prostszymi motywami gitarowymi. Przykładowo w Fuck Thursdays pojawiają się nagle elementy intensywnego, basującego funka, którego nie powstydziłby się sam Jamiroquai, pod warunkiem, że postanowiłby grać funkcore. Takich momentów, w których zespół puszcza oko do słuchacza jest więcej.Ale taka ‘normalna’ muzyka pojawia się tylko na chwilę, uchyla kapelusza i zaraz zostaje wciągnięta przez swoich zwariowanych dźwiękowych towarzyszy w arytmiczną kanonadę.

Niestety poprzez tę gęstość, muzyka Fulcrum popada w ‘nadmiaryzm’; można odnieść wrażenie, że w obrębie jednego utworu wszystkiego jest po prostu za dużo, a to czasami męczy. Powstaje też obawa, czy to nie jest sztuka dla sztuki, czy technika dla techniki. Ale to bolączka każdego technicznego i ocierającego się o matematykę
grania, taka choroba zawodowa.

Szczęśliwie numery nie są za długie [poza ostatnim], co pozwala utrzymać, choć czasem z trudem, skupienie uwagi na tych rytmiczno-gitarowych wygibasach. I nie jest to tylko szereg następujących po sobie dźwięków, są tam harmonie, a nawet, choć zdegenerowane, melodie.

Ostatni utwór, trwający prawie 15 minut [chyba najlepszy na płycie] Brainwashing, to dosłowne pranie mózgu.Numer jest wolniejszy, nie aż tak skondensowany, jak reszta płyty. Gdzieś w ósmej minucie pojawia się w tle wirujący, monotonny riff, przypominający rozregulowany bęben pralki. Potem następuje wymiana obłąkanych solówek, włącznie z solo rodem z Rage Against The Machine, które zamienia się w jakąś progresywną eskalację flażoletowej przestrzeni. Wciąż z zapętloną wirówką gitarową w tle.

Na szczęście grind w Fulcrum to nie jest ten, nazwijmy to ’spontaniczny’, czyli ‘byle brudniej, szybciej i do przodu’, tylko grind ‘techniczny’, przemyślany i bezlitośnie precyzyzjny.

“Insects Society” grupy Fulcrum to zdrowa dawka chorych dźwięków dla zwyrodniałych uszu.

Fulcrum – Insects Society [2009]

myspace

Turbulencyjny drum’n'prog

•12 listopad 2009 • Dodaj komentarz

brother_ape_turbulence_maly To jest coś, czego szukałem! Pomyślałem, gdy w słuchawkach rozbrzmiały pierwsze takty “Turbulence”, trzeciej płyty szwedzkiego zespołu Brother Ape. Już sama nazwa grupy przypadła mi do gustu, bo czuję jakąś atawistyczną sympatię do wąsko- i szerokonosych naczelnych. I taka trochę małpia jest ta muzyka, choć nie ma mowy o małpowaniu.

To jest coś, czego szukałem! O co chodzi? Jako praktykujący eklektyk [ale do eklektyzmu podchodzi krytycznie] mam do czynienia z różnymi przejawami muzycznej aktywności homo sapiens. I tenże eklektyzm kazał mi niegdyś pomyśleć: a co było, gdyby drum’n'bass połączyć z ciężkim graniem? Perspektywa niezwykle kusząca dla kogoś, kto przepada za wyrazistym rytmem i brzmieniem gitary. Połamane, dynamiczne rytmy d’n'b połączone z ciężarem gitar i rockowa energią. A Zardonic? – ktoś zakrzyknie. I owszem, ale to czysty, syntetyczny drum’n'bass z dołożonymi gitarami. Poza tym to remiksy istniejących już nagrań. A chodzi nie dość, że o nowe, autorskie pomysły, to jeszcze ten drum’n'bass miałby być grany przez człowieka, Johna, Juana, Jana, Johana, czy Jensa, a nie dajmy na to ZX n13G64.

I oto pojawiają się bracia małpy ze swoi trzecim krążkiem. A na perkusji gra człowiek imieniem Max. Rozpoczynający płytę Welcome Future zapowiada faktycznie świetlaną przyszłość podczas trwania tego krążka. To klasyczny wręcz, ’szybkoidoprzodu’, ośmiominutowy drum’n'bassowy utwór, tylko zagrany w stylu rocka progresywnego. Właśnie tak; Brother Ape łączy w swojej muzyce drum’n'bass i prog rock.

W tej kompozycji świetnie się zgrały nastrojowe tendencje obu stylów. W moim odczuciu zarówno drum’n'bass, jak i progresywny rock mają wspólną cechę: swoisty optymizm w muzyce. W drum’n'bassie z
reguły mamy jakąś wiodącą, zwiewną melodię, lub temat, który unosi cały utwór, aż serce roście:

Czasem temat jest bardziej ambientowy, czasem mniej. I nawet jeśli są ciężkie, mroczne numery d’n'b, to jednak bije z tej muzyki ‘świetlność’ i przejrzystość, a z nich ten osobliwy optymizm. Podobnie ma się rzecz z prog rockiem. To wszystko, co nazywamy rockiem progresywnym również kreuje atmosferę, nazwijmy to optymistyczną [nawet jeśli z odcieniem melancholii, nostalgii i innych 'łez dla cieniów minionych']. Z pewnością jest w tej muzyce więcej nadziei niż w innych odmianach rocka, o metalu nie wspominając:

Ta obecność prog rocka na płycie “Turbulence”, nawet w wersji ‘neo’ nieco mnie rozczarowała;liczyłem na cięższe brzmienie, albo mniej konwencjonalne brzmienia rockowe [prog-rock konwencjonalny? Toż to herezja!]. Ale te braki rekompensują ładne melodie i ogólny, przyjazny klimat tego wydawnictwa. Ten rytmiczny rys drum’n'bassowy niestety nieco się rozmywa w dalszej części płyty; nie ma też w muzyce Brother Ape tego pulsującego basu, charakterystycznego dla d’n'b. Ale szczęśliwie nietypowe, nawet jak na prog rock rytmy pozostają, tworząc perkusyjny małpi gaj.

Nie jest więc ta płyta dokładnie tym, czego oczekiwałem, a aklamacyjna myśl w ciągu słuchania straciła wykrzyknik. Ale i tak cieszy i słucha się tych małp bardzo przyjemnie. Są turbulencje, ale delikatne i wyważone, bardziej w stylu późnego,uczłowieczonego już Tytusa De Zoo, niż nieokiełznanego King Konga.

Brother Ape – Turbulence [Progress Records, 2009]

myspace

Było jak trzeba

•11 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Mamiffer, Dälek, ISIS; Warszawa, Proxima, 10.11.09

Pokłady obiektywizmu ostatnimi czasy się wyczerpują; zapewne ma to jakiś związek z ociepleniem klimatu.

Ludziom/zwierzętom/zespołom/etc., których/które lubię, jestem w stanie wybaczyć wiele. Może czasem nawet zbyt wiele. Ot, taka wada. Podobnie jest z zespołem ISIS. Zarówno “In The Absence Of Truth”, jak i “Wavering Radiant” nie ujęły mnie pod pachy tak, jak poprzedzające je, 3 wydawnictwa. Owszem, mają momenty, nawet sporo, ale jest coś, co nie pozwala mi z czystym sumieniem powiedzieć ‘to doskonałe albumy’. Właśnie materiał z dwóch ostatnich płyt dominował podczas wtorkowego koncertu ISIS w stołecznej Proximie. Ale zacznijmy od początku.

Amerykanie mają chyba inne poczucie czasu, albo wokół ISIS wydziela się zakrzywienie kontinuum, bo pierwszy support, czyli Mamiffer, projekt z udziałem już małżeństwa Coloccia-Turner, oraz z Chrisem Commonem za perkusją i róznymi perkusyjnymi utensyliami zaczął grać ok. 19:15, a nie o 20, jak stało na moim [i nie tylko moim] bilecie. Mucho dziwne.

Co brzmi pięknie na płycie [Hirror Enifer], to na żywo nie zabrzmiało nawet dobrze. Wyszedł z tego rozmazany drone-pop. Nie było w tym ani wyrazistej perkusji, ani melodii, które to składniki świetnie brzmią na krążku. Mamiffer na scenie nie potrafił przykuć uwagi. A szkoda. Zabawne, że Aarona Turnera przez chwilę trudno było rozpoznać zza obfitej brody i burzy kręconych włosów.

Dygresja. Czasami mały sceptyk ukryty w mojej głowie zaczyna powątpiewać nad wszelkimi ’side projectami’ różnych muzyków, w tym i ISIS. Pomimo, że przyjmuję je z dobrodziejstwem inwentarza [nie wszystkie], to jednak zawsze jest ta wątpliwość, czy nie jest to aby przerost formy nad treścią. Koniec dygresji.

Po pół godzinie/trzech kwadransach [ta rozproszona uwaga!] Mamiffer ustąpili miejsca kontrowersyjnemu dla niektórych, drugiemu supportowi, w postaci Dälek. Awangardowy duet hip-hopowy sprawnie rozbujał część publiczności, resztę wpędzając w konfuzję, a może nawet powodując menatlne kontuzje. Dälek na żywo prezentuje bardziej konwenconalne brzmienie niż na płytach. Mocny podkład zaszumiany był wydobywającymi się z konsolety noizami, pogłosami i drone’ami [też]. Do takiej zabrudzonej muzyki DJ Octopusa dynamicznie rapował MC Dälek. Kolega skomentował go: to nie hip-hop. Za mało ‘faków’. Na odpowiedź, że to “inteligentny hip-hop”, odparł: ale i tak za mało faków. Duże wrażenie robił Octopus, wydziarany po same pachy, uwijający się za mikserem jak uczłowieczona ośmiornica. Być może każdy DJ na koncercie hip-hopowym tak się zachowuje. Ten był jednak pierwszym, jakiego widziałem na żywo. W kilku momentach [być może za sprawą nienajlepszej akustyki klubu] Dälek wywołał odległe i humorystyczne nieco, ale jednak skojarzenia z walcowatą potęgą Godflesh. Tyle, że musiałby to być ‘Godflesh on speed’.

Po ‘jakimś czasie’ Dälek zeszli i po ‘jakimś czasie’ na scenę weszli ISIS. Tradycyjnie na wzmacniaczach leżał w niedbałej pozie poduszko-misiek, którego pierwszy raz w Polsce można było zobaczyć 4 lata temu. Reszta nie była taka jak wtedy. Ale nie dajmy się ponieść zbędnemu tu sentymentalizmowi i marudzeniu o mitycznych ‘dawnych czasach’. Gdyby nie słaba akustyka, byłby to świetny koncert. Kompozycje z dwóch ostatnich płyt bronią się na żywo, co i rusz serwując silne ciosy. Były momenty z trzema gitarami, był klimat, było jak trzeba.

Może nie było doskonale, może ginęły detale, może nie było selektywnie, ale było dobrze i niżej podpisany czuje się ukontentowany. Bo obiektywizm wyparował. Zresztą, nic nie jest doskonałe, marność nad marnościami etc…

Krew z krwi

•29 październik 2009 • 4 komentarzy

pelican W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.

Według legend pelikan był również bardzo oddanym rodzicem, który potrafił wykarmić pisklęta krwią z piersi, którą sam rozrywał. Wedle innej legendy, rozrywając pierś, krwią ptak ożywiał młode zaduszone w przypływie czułości przez pelikana lub pelikanicę [w zależności od wersji legendy].

Ta metafora całkiem dobrze pasuje do twórczości Pelican. W początkach swej kariery Pelican autentycznie rwał pierś. Z dwóch pierwszych wydawnictw Amerykanów, “Pelican” i “Australasia”, jak z żył, wylewały się obfite strugi gęstej, muzycznej krwi; krwi ciemnej, odtlenowanej, a jednocześnie bogatej w produkty przemiany materii.

Jeszcze na “The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw ” Pelican wlewał w uszy słuchaczy krew żylną, choć dodawał już do niej krwi tętniczej; jaśniejszej, natlenowanej. I zgodnie z tytułem tej płyty, w gardle zapoczątkowała się ustrojowa odwilż Pelican. Tę zmianę różowa krechą zaznaczyła EP “Pink Mammoth” z 2007, zawierająca jeden ze sztandarowych utworów Pelican – Mammoth w wersji ‘pink’, znacznie odchudzonej i wygładzonej. I choć to nie była bardzo zła wersja, to wyobraźcie sobie uczesanego mamuta… prawda? Swoją drogą trzeba mieć sporo odwagi i poczucia humoru, by plejstoceńskiego giganta pomalować na różowo…

Brzmienie Pelican przez 8 lat swojego istnienia stopniowo krzepło, od kostropatego sludge do bardziej wyważonego grania, oscylującego między post-rockiem a post-metalem. I takie granie zespół prezentuje na dwóch ostatnich płytach: “City Of Echoes” i najnowszej, “What We All Come to Need”. W porównaniu do gęstej zawiesiny z “Australasia”, muzyka na nowym krążku sprawia wrażenie substytutu, ‘krwi instatnt’. Tętnicza krew Pelican ma ładny odcień [vide okładka], szczególnie w świetle, ale nie jest aż tak treściwa. W jednym z wywiadów gitarzysta Trevor De Brauw stwierdził: ‘nie uważam, żeby Pelican był zespołem metalowym. Myślę, że jesteśmy częścią tej grupy kapel ze Środkowego Zachodu, która miesza agresywne brzmienie z wrażliwością pop.’ W obliczu tej deklaracji, nowe brzmienie zespołu nabiera sensu.

Coś za coś. Zmęczony otwieraniem żył, zespół sięgnął do tętnic. Nowa krew Pelican jest ożywczo natlenowana, mieni się pięknym szkarłatem i odcieniami jesieni. Choć w gitarach nie ma już tyle treściwej tkanki łącznej, co kiedyś, pozostały bardzo zgrabnie napisane kompozycje, pełne świetnych, tętniących melodii. To widocznie wpływ tlenu. Pomimo, że Pelican nie gra już ciężko, momentami, gdy sploty tętnic zbliżają się do splotów żył, ten ciężar można wyczuć; w charakterystycznych, zakręcających riffach, które słychać choćby w dość masywnym utworze Creeper, czy Ephemeral. Być może odpowiedzialni są za to znakomici goście, którzy pojawili się na albumie, jak m. in. Greg Anderson [Sunn O)))], czy Aaron Turner [ISIS].

Zmieniło się też jeszcze jedno. Prawie wszystkie kompozycje na “What We All Come to Need” są instrumentalne. Prawie. Muzycy podkreślali, że nie mają nic przeciwko obecności wokalu, nie wiedzą tylko, jak go umieścić w swojej muzyce. Czegoś się jednak dowiedzieli, bo w zamykającym płytę “Final Breath” pojawia się głos Bena Verellena z Harkonen. Z brakiem wokalu w pozostałych kompozycjach zespół radzi sobie krwistymi melodiami.

Jak wyjaśniają sami muzycy, “nowy album mówi do szybko chylącego ku upadkowi świata, że spełnienie, jakie znajdujemy w sobie nawzajem, daje siłę do wzniesienia się ponad nasze rozczarowania.” Co prawda serce nie roście, patrząc na te czasy, ale słuchając tej muzyki to już jak najbardziej.

Pelican – What We All Come To Need [Southern Lord Records, 2009]

myspace