W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.
Według legend pelikan był również bardzo oddanym rodzicem, który potrafił wykarmić pisklęta krwią z piersi, którą sam rozrywał. Wedle innej legendy, rozrywając pierś, krwią ptak ożywiał młode zaduszone w przypływie czułości przez pelikana lub pelikanicę [w zależności od wersji legendy].
Ta metafora całkiem dobrze pasuje do twórczości Pelican. W początkach swej kariery Pelican autentycznie rwał pierś. Z dwóch pierwszych wydawnictw Amerykanów, “Pelican” i “Australasia”, jak z żył, wylewały się obfite strugi gęstej, muzycznej krwi; krwi ciemnej, odtlenowanej, a jednocześnie bogatej w produkty przemiany materii.
Jeszcze na “The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw ” Pelican wlewał w uszy słuchaczy krew żylną, choć dodawał już do niej krwi tętniczej; jaśniejszej, natlenowanej. I zgodnie z tytułem tej płyty, w gardle zapoczątkowała się ustrojowa odwilż Pelican. Tę zmianę różowa krechą zaznaczyła EP “Pink Mammoth” z 2007, zawierająca jeden ze sztandarowych utworów Pelican – Mammoth w wersji ‘pink’, znacznie odchudzonej i wygładzonej. I choć to nie była bardzo zła wersja, to wyobraźcie sobie uczesanego mamuta… prawda? Swoją drogą trzeba mieć sporo odwagi i poczucia humoru, by plejstoceńskiego giganta pomalować na różowo…
Brzmienie Pelican przez 8 lat swojego istnienia stopniowo krzepło, od kostropatego sludge do bardziej wyważonego grania, oscylującego między post-rockiem a post-metalem. I takie granie zespół prezentuje na dwóch ostatnich płytach: “City Of Echoes” i najnowszej, “What We All Come to Need”. W porównaniu do gęstej zawiesiny z “Australasia”, muzyka na nowym krążku sprawia wrażenie substytutu, ‘krwi instatnt’. Tętnicza krew Pelican ma ładny odcień [vide okładka], szczególnie w świetle, ale nie jest aż tak treściwa. W jednym z wywiadów gitarzysta Trevor De Brauw stwierdził: ‘nie uważam, żeby Pelican był zespołem metalowym. Myślę, że jesteśmy częścią tej grupy kapel ze Środkowego Zachodu, która miesza agresywne brzmienie z wrażliwością pop.’ W obliczu tej deklaracji, nowe brzmienie zespołu nabiera sensu.
Coś za coś. Zmęczony otwieraniem żył, zespół sięgnął do tętnic. Nowa krew Pelican jest ożywczo natlenowana, mieni się pięknym szkarłatem i odcieniami jesieni. Choć w gitarach nie ma już tyle treściwej tkanki łącznej, co kiedyś, pozostały bardzo zgrabnie napisane kompozycje, pełne świetnych, tętniących melodii. To widocznie wpływ tlenu. Pomimo, że Pelican nie gra już ciężko, momentami, gdy sploty tętnic zbliżają się do splotów żył, ten ciężar można wyczuć; w charakterystycznych, zakręcających riffach, które słychać choćby w dość masywnym utworze Creeper, czy Ephemeral. Być może odpowiedzialni są za to znakomici goście, którzy pojawili się na albumie, jak m. in. Greg Anderson [Sunn O)))], czy Aaron Turner [ISIS].
Zmieniło się też jeszcze jedno. Prawie wszystkie kompozycje na “What We All Come to Need” są instrumentalne. Prawie. Muzycy podkreślali, że nie mają nic przeciwko obecności wokalu, nie wiedzą tylko, jak go umieścić w swojej muzyce. Czegoś się jednak dowiedzieli, bo w zamykającym płytę “Final Breath” pojawia się głos Bena Verellena z Harkonen. Z brakiem wokalu w pozostałych kompozycjach zespół radzi sobie krwistymi melodiami.
Jak wyjaśniają sami muzycy, “nowy album mówi do szybko chylącego ku upadkowi świata, że spełnienie, jakie znajdujemy w sobie nawzajem, daje siłę do wzniesienia się ponad nasze rozczarowania.” Co prawda serce nie roście, patrząc na te czasy, ale słuchając tej muzyki to już jak najbardziej.
Pelican – What We All Come To Need [Southern Lord Records, 2009]

Proghma-C – “progressive machine number C”, lub “samorozwijająca się i kształtująca maszyna do tworzenia muzyki progresywnej”. /Proghma-C/
Jodis to kolejna odnoga w twórczym meandrowaniu nazwisk wszem i wobec znanych, a tu i ówdzie nawet lubianych. Sekretny dom zbudowały trzy osoby; Aaron Turner, głosowy i wiosłowy ISIS, oraz James Plotkin i Tim Wyskida: odpowiednio, basowy i garowy z Khanate [które/która straszy].