W nieodległym biurze rzeczy znalezionych, tamtejszy archiwista zapoczątkował nurt, zwany muzyczną komparatystyką asocjacyjną. Badania naukowe w tym nurcie zwykle rozpoczynają się od słów “ejże, kojarzę skądś ten riff/melodię/solówkę. Tylko skąd?”. I tu zaczyna się żmudna praca zwojów mózgowych, celem odnalezienia źródła skojarzenia. Są i tacy, którzy w przypływie sceptycyzmu nazwyają to komparatytstyką totalną, czyli, że niby wszystko się kojarzy ze wszystkim; zapewniamy jednak, że nie chodzi o szukanie podobieństw na siłę, ani deprecjonowanie twórcy skojarzonego. Słowo naukowca.
Sezon grypowy w pełni, nic więc dziwnego, że pojawiła się nowa jednostka chorobowa – mastodontoza. Zachorowały na nią dwie mocne premiery tej jesieni.
Struck By Lightning to nowy projekt Grega Lahma, znanego wcześniej z Mouth Of The Architect. O ile jednak w poprzednim zespole z pomocą głosu budował monolityczne kompozycje, które uderzały w słuchacza dopiero po kilku minutach, to w Struck By Lightning, zgodnie z nazwą, postawił na dużo szybsze i bezpośrednie doznania.
Wydany 1 września album “Serpents” ma bardzo wyraźne objawy mastodontozy. Gitary nie snują się dołami, jak w Mouth Of The Architect, a raczej przecinają przestrzeń rozedrganą linią, niczym jaśniejąca na niebie błyskawica. W takim Nothing Sacred, Watchful Eye, czy The Herd gitara skręca się w efektownie pokręcone, melodyczne fraktale, zupełnie jak np. na “Leviathan” Mastodon. Takich momentów, czy to melodii, zy riffów, czy zaśpiewów Lahma, przypominających twórczość bestii z Atlanty jest więcej. Ale to nie razi, bo melodie są chwytliwe i oryginalne, a tempo dynamiczne, więc muzyka jest świetnie przyswajalna.
Jednak głównym zadaniem Struck By Lightning jest dostarczenie ogromnych ilości energii i kązdy utwór uderza, niczym coup de foudre. To muzyczna burza w rodzaju tych, które rozpętują się nad laboratorium doktora Frankensteina, z widowiskowymi piorunami, walącymi co rusz w spiralne cewki i tym podobne urządzenia.
Travis Kline na perkusji szuka podobnych rozwiązań, co Brann Dailor.Bębny nie idą od początku do końca utworu po prostej linii rytmicznej, mają raczej połamaną, zygzakowatą trasę; zupełnie, jak piorun. Kline jednak często też pozwala sobie na pełne energii d-beatowe galopady [Nothing Sacred, Supercell], co nadaje tej płycie dużo wiecej luzu. Zresztą, na “Serpents” jest całkiem sporo hardcore-punkowej zadziorności, chropowatości i brudu, co akurat odróżnia debiut grupy Grega Lahma od raczej zdyscyplinowanego brzmieniowo Mastodon.
Nie da się jednak ukryć, że ślady przedpotowego trąbowca są na “Serpents” wyraźne. Stąd diagnoza: Płyta Struck By Lightning zdradza symptomy postępującej mastodontozy. I dobrze, bo będąc wielkim zwolennikiem twrczości Mastodon miło usłyszeć coś, co oparte jest na podobnym kośćcu, a jednak stanowi autonomiczną i atrakcyjną całość.
Druga premiera z objawami mastodontozy, choć nie aż tak widocznej, to “Axe To Fall” Converge. Z tą grupą jakoś ciągle się mijaliśmy przez ostatnich kilka lat, co sprawiło, że ich siódma płyta jest dla mnie pierwszą. Dlatego do najnowszego albumu Converge podchodzę jako tabula rasa. Pozwala to też na w miare obiektywne podejście do tej, jak się oakazało, kontrowersyjnej płyty.
Nie wszystkim powiem odpowiada zaskakująca melodyjność i ‘lekkość’ tego materiału, pomimo jego przytłaczającego ciężaru. Chaos, który być może nie przyciągał mnie do wcześniejszych wydawnictw Converge, na “Axe To Fall” zmienił się w kontrolowane szaleństwo.
W muzyce istnieje pojęcie interpretacji. I tak jak jazzman na swój sposób może interpretować czy standady jazzowe, czy The Beatles, tak Converge na swojej płycie w kilku utworach zinterpretowali Mastodon. Dark Horse, Reap What You Sow, czy Effigy [notabene z udziałem Ulfa "Uffe" Cederlunda (Disfear, ex-Entombed)] pokręconą melodyką przypominają właśnie Mastodon, z tą różnicą, że dotknięty chorobą szalonych trąbowców [znów ta choroba; ale w końcu mamy sezon]. To opętany zwierzęcą furią mastodont pędzący w rytmie d-beat przez alaskańską tundrę, pustynię Gobi, syberyjską tajgę, szkockie wrzosowiska, atlantyckie dno, argentyńską pampę, niszcząc pod mocarnymi nogami wszystko, co stoi na przeszkodzie. Takie wrażenia zostawia większość kompozycji na “Axe To Fall”.
Wreszcie Converge rozchlapuje Pacyfik, by zatanczyć bluesowe tango w żółwiami z Galapagos w wolniejszych momentach. Wystarczy posłuchać gniotących zwolnień w Worms Will Feed, czy Damages.”Axe To Fall” to szalony core’owy eksperyment na rock’n'rollu. O ile jednak w przypadku Billa Haleya był to Rock Around the Clock, to w przypadku Converge jest rock around akceleratora cząsteczek, lub innego zderzacza hadronów, tak wielką energię niesie ze sobą Converge. Jest na “Axe To Fall” masa gitarowej rdzy Kurta Ballou, opiłków na strunach głosowych obłąkanego wokalisty Jacoba Bannona i perkusyjne zgliszcza Bena Kollera. Jest też jednak miejsce na piękne melodie i klimat. Dwa ostatnie utwory, zapewne za sprawą gości, zupełnie odstają od zgiełkliwego rock’n'core’a/core’n'rolla, wypełniającego większość płyty.
W nastrojowym Cruel Bloom, w otoczeniu fortepianu i gitary akustycznej, Steve Von Till snuje jakąś starą, omszałą opowieść swoim niskim zawodzącym głosem. Monumentalny finał tego utworu do złudzenia przypomina A Season In The Sky z “The Eye Of Every Storm” macierzystej formacji Steve’a.
Z kolei Wretched World to pełna przestrzeni, niemal melancholijna wyprawa z gitarową ‘kukułką’ w tle, wokalnie prowadzona przez Mookiego Singermana z Genghis Tron.
Do “Axe To Fall” podchodziłem jako tabula rasa. Odchodzę [nie na długo] na pewno nie jako rasa, a raczej porysowany, poturbowany i pogięty. I nie tabula, a prędzej jej połamane szczątki. Quod erat demonstrandum. Nie ma to jak doświadczenie.
P.S.
I płyta “Axe To Fall” sprawiła, że sięgnąłem po wcześniejsze dokonania Converge. I jestem zadwolony.
Struck By Lightning – Serpents [Translation Loss Records, 2009]
Converge – Axe To Fall [Epitaph Records, 2009]


To jest coś, czego szukałem! Pomyślałem, gdy w słuchawkach rozbrzmiały pierwsze takty “Turbulence”, trzeciej płyty szwedzkiego zespołu Brother Ape. Już sama nazwa grupy przypadła mi do gustu, bo czuję jakąś atawistyczną sympatię do wąsko- i szerokonosych naczelnych. I taka trochę małpia jest ta muzyka, choć nie ma mowy o małpowaniu.
W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.