Owadzia technika

•18 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Fulcrum to młody zespół z Trójmiasta. Nazwą chłopaki nawiązują do klasycznego myśliwca MiG 29 ‘Fulcrum’, bo grają z mocą eskadry MiGów, ale też do pojęcia z zakresu psychologii transpersonalnej, bo ich muzyka jest równie skomplikowana i porąbana.

“Insects Society” to długogrający debiut zespołu. Jak na debiutanckie wydawnictwo jest nadzwyczaj [a]społecznie rozwinięty. Sami muzycy twierdzą, że w Fulcrum grają bardzo ciężki, techniczny death/grind z elementami jazzu, drum’n'bassu i funka. Wiele w tym racji [w końcu wiedzą, co grają], ale drum’n'bassu w ich twórczości nie ma wcale [a szkoda, patrz wpis poniżej]. Zdecydowanie najwiecej zaś wyrysowanego od linijki, technicznego death/grind.

Na płytę składa się 10 kompozycji, wziętych w klamrę utwórów Mind Collapse [pierwszy i najkrótszy] i Brainwashing [ostatni i najdłuższy]. Wszystko, co się dzieje pomiędzy tymi tytułami daje takie właśnie efekty. Riffy na “Insects Society” mają długość życia przeciętnego insekta, np. jętki, co w przełożeniu na muzykę oznacza, że trwają kilka sekund i od razu zastępowane są przez zmasowany tłum następnych, równie pokręconych strunowym artretyzmem. Takie dźwięki mogłyby tworzyć zmutowane świerszcze, lub cykady. Praca gitar to momentami wręcz koronkowa robótka ręczna z drutu kolczastego.

Te co krótsze riffy wyskakują z głośnika i jak stado pcheł, dotkniętych chorobą szalonych owadów, skaczą sobie wesoło dosłownie po wszystkim. A zaraz potem pojawiają się potężne, dławiące zwolnienia, bez litości wciągające pod bęben walca drobne riffy. I tak w kółko, a raczej w kwadrat, bo technika wykonania wszystko zamienia tu w kąty proste.

Bardziej ‘organiczna’ jest w twórczości Fulcrum perkusja. Cechuje ją chropowate brzmienie, pełne narośli w postaci różnych przeszkadzajek, wyskakujących znikąd uderzeń w talerze i nieoczekiwanych zmian temp. Tworzy to niesamowicie gęstą strukturę, jak kora starej, rosochatej wierzby. Równie kostropate są wokale, których spektrum rozciąga się od core’owego pokrzykiwania, przez growle, aż po grindcore’owe gardłowe kwiczenie.

Bywa też, że nagle z chaotycznej nawałnicy dźwięków wyłania się bardziej konwencjonalna muzyka, z czytelnym [czyt. wolniejszym] tempem i prostszymi motywami gitarowymi. Przykładowo w Fuck Thursdays pojawiają się nagle elementy intensywnego, basującego funka, którego nie powstydziłby się sam Jamiroquai, pod warunkiem, że postanowiłby grać funkcore. Takich momentów, w których zespół puszcza oko do słuchacza jest więcej.Ale taka ‘normalna’ muzyka pojawia się tylko na chwilę, uchyla kapelusza i zaraz zostaje wciągnięta przez swoich zwariowanych dźwiękowych towarzyszy w arytmiczną kanonadę.

Niestety poprzez tę gęstość, muzyka Fulcrum popada w ‘nadmiaryzm’; można odnieść wrażenie, że w obrębie jednego utworu wszystkiego jest po prostu za dużo, a to czasami męczy. Powstaje też obawa, czy to nie jest sztuka dla sztuki, czy technika dla techniki. Ale to bolączka każdego technicznego i ocierającego się o matematykę
grania, taka choroba zawodowa.

Szczęśliwie numery nie są za długie [poza ostatnim], co pozwala utrzymać, choć czasem z trudem, skupienie uwagi na tych rytmiczno-gitarowych wygibasach. I nie jest to tylko szereg następujących po sobie dźwięków, są tam harmonie, a nawet, choć zdegenerowane, melodie.

Ostatni utwór, trwający prawie 15 minut [chyba najlepszy na płycie] Brainwashing, to dosłowne pranie mózgu.Numer jest wolniejszy, nie aż tak skondensowany, jak reszta płyty. Gdzieś w ósmej minucie pojawia się w tle wirujący, monotonny riff, przypominający rozregulowany bęben pralki. Potem następuje wymiana obłąkanych solówek, włącznie z solo rodem z Rage Against The Machine, które zamienia się w jakąś progresywną eskalację flażoletowej przestrzeni. Wciąż z zapętloną wirówką gitarową w tle.

Na szczęście grind w Fulcrum to nie jest ten, nazwijmy to ’spontaniczny’, czyli ‘byle brudniej, szybciej i do przodu’, tylko ‘techniczny’, przemyślany i bezlitośnie precyzyzjny.

“Insects Society” grupy Fulcrum to zdrowa dawka chorych dźwięków dla zwyrodniałych uszu.

Fulcrum – Insects Society [2009]

myspace

Turbulencyjny drum’n'prog

•12 listopad 2009 • Dodaj komentarz

brother_ape_turbulence_maly To jest coś, czego szukałem! Pomyślałem, gdy w słuchawkach rozbrzmiały pierwsze takty “Turbulence”, trzeciej płyty szwedzkiego zespołu Brother Ape. Już sama nazwa grupy przypadła mi do gustu, bo czuję jakąś atawistyczną sympatię do wąsko- i szerokonosych naczelnych. I taka trochę małpia jest ta muzyka, choć nie ma mowy o małpowaniu.

To jest coś, czego szukałem! O co chodzi? Jako praktykujący eklektyk [ale do eklektyzmu podchodzi krytycznie] mam do czynienia z różnymi przejawami muzycznej aktywności homo sapiens. I tenże eklektyzm kazał mi niegdyś pomyśleć: a co było, gdyby drum’n'bass połączyć z ciężkim graniem? Perspektywa niezwykle kusząca dla kogoś, kto przepada za wyrazistym rytmem i brzmieniem gitary. Połamane, dynamiczne rytmy d’n'b połączone z ciężarem gitar i rockowa energią. A Zardonic? – ktoś zakrzyknie. I owszem, ale to czysty, syntetyczny drum’n'bass z dołożonymi gitarami. Poza tym to remiksy istniejących już nagrań. A chodzi nie dość, że o nowe, autorskie pomysły, to jeszcze ten drum’n'bass miałby być grany przez człowieka, Johna, Juana, Jana, Johana, czy Jensa, a nie dajmy na to ZX n13G64.

I oto pojawiają się bracia małpy ze swoi trzecim krążkiem. A na perkusji gra człowiek imieniem Max. Rozpoczynający płytę Welcome Future zapowiada faktycznie świetlaną przyszłość podczas trwania tego krążka. To klasyczny wręcz, ’szybkoidoprzodu’, ośmiominutowy drum’n'bassowy utwór, tylko zagrany w stylu rocka progresywnego. Właśnie tak; Brother Ape łączy w swojej muzyce drum’n'bass i prog rock.

W tej kompozycji świetnie się zgrały nastrojowe tendencje obu stylów. W moim odczuciu zarówno drum’n'bass, jak i progresywny rock mają wspólną cechę: swoisty optymizm w muzyce. W drum’n'bassie z
reguły mamy jakąś wiodącą, zwiewną melodię, lub temat, który unosi cały utwór, aż serce roście:

Czasem temat jest bardziej ambientowy, czasem mniej. I nawet jeśli są ciężkie, mroczne numery d’n'b, to jednak bije z tej muzyki ‘świetlność’ i przejrzystość, a z nich ten osobliwy optymizm. Podobnie ma się rzecz z prog rockiem. To wszystko, co nazywamy rockiem progresywnym również kreuje atmosferę, nazwijmy to optymistyczną [nawet jeśli z odcieniem melancholii, nostalgii i innych 'łez dla cieniów minionych']. Z pewnością jest w tej muzyce więcej nadziei niż w innych odmianach rocka, o metalu nie wspominając:

Ta obecność prog rocka na płycie “Turbulence”, nawet w wersji ‘neo’ nieco mnie rozczarowała;liczyłem na cięższe brzmienie, albo mniej konwencjonalne brzmienia rockowe [prog-rock konwencjonalny? Toż to herezja!]. Ale te braki rekompensują ładne melodie i ogólny, przyjazny klimat tego wydawnictwa. Ten rytmiczny rys drum’n'bassowy niestety nieco się rozmywa w dalszej części płyty; nie ma też w muzyce Brother Ape tego pulsującego basu, charakterystycznego dla d’n'b. Ale szczęśliwie nietypowe, nawet jak na prog rock rytmy pozostają, tworząc perkusyjny małpi gaj.

Nie jest więc ta płyta dokładnie tym, czego oczekiwałem, a aklamacyjna myśl w ciągu słuchania straciła wykrzyknik. Ale i tak cieszy i słucha się tych małp bardzo przyjemnie. Są turbulencje, ale delikatne i wyważone, bardziej w stylu późnego,uczłowieczonego już Tytusa De Zoo, niż nieokiełznanego King Konga.

Brother Ape – Turbulence [Progress Records, 2009]

myspace

Było jak trzeba

•11 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Mamiffer, Dälek, ISIS; Warszawa, Proxima, 10.11.09

Pokłady obiektywizmu ostatnimi czasy się wyczerpują; zapewne ma to jakiś związek z ociepleniem klimatu.

Ludziom/zwierzętom/zespołom/etc., których/które lubię, jestem w stanie wybaczyć wiele. Może czasem nawet zbyt wiele. Ot, taka wada. Podobnie jest z zespołem ISIS. Zarówno “In The Absence Of Truth”, jak i “Wavering Radiant” nie ujęły mnie pod pachy tak, jak poprzedzające je, 3 wydawnictwa. Owszem, mają momenty, nawet sporo, ale jest coś, co nie pozwala mi z czystym sumieniem powiedzieć ‘to doskonałe albumy’. Właśnie materiał z dwóch ostatnich płyt dominował podczas wtorkowego koncertu ISIS w stołecznej Proximie. Ale zacznijmy od początku.

Amerykanie mają chyba inne poczucie czasu, albo wokół ISIS wydziela się zakrzywienie kontinuum, bo pierwszy support, czyli Mamiffer, projekt z udziałem już małżeństwa Coloccia-Turner, oraz z Chrisem Commonem za perkusją i róznymi perkusyjnymi utensyliami zaczął grać ok. 19:15, a nie o 20, jak stało na moim [i nie tylko moim] bilecie. Mucho dziwne.

Co brzmi pięknie na płycie [Hirror Enifer], to na żywo nie zabrzmiało nawet dobrze. Wyszedł z tego rozmazany drone-pop. Nie było w tym ani wyrazistej perkusji, ani melodii, które to składniki świetnie brzmią na krążku. Mamiffer na scenie nie potrafił przykuć uwagi. A szkoda. Zabawne, że Aarona Turnera przez chwilę trudno było rozpoznać zza obfitej brody i burzy kręconych włosów.

Dygresja. Czasami mały sceptyk ukryty w mojej głowie zaczyna powątpiewać nad wszelkimi ’side projectami’ różnych muzyków, w tym i ISIS. Pomimo, że przyjmuję je z dobrodziejstwem inwentarza [nie wszystkie], to jednak zawsze jest ta wątpliwość, czy nie jest to aby przerost formy nad treścią. Koniec dygresji.

Po pół godzinie/trzech kwadransach [ta rozproszona uwaga!] Mamiffer ustąpili miejsca kontrowersyjnemu dla niektórych, drugiemu supportowi, w postaci Dälek. Awangardowy duet hip-hopowy sprawnie rozbujał część publiczności, resztę wpędzając w konfuzję, a może nawet powodując menatlne kontuzje. Dälek na żywo prezentuje bardziej konwenconalne brzmienie niż na płytach. Mocny podkład zaszumiany był wydobywającymi się z konsolety noizami, pogłosami i drone’ami [też]. Do takiej zabrudzonej muzyki DJ Octopusa dynamicznie rapował MC Dälek. Kolega skomentował go: to nie hip-hop. Za mało ‘faków’. Na odpowiedź, że to “inteligentny hip-hop”, odparł: ale i tak za mało faków. Duże wrażenie robił Octopus, wydziarany po same pachy, uwijający się za mikserem jak uczłowieczona ośmiornica. Być może każdy DJ na koncercie hip-hopowym tak się zachowuje. Ten był jednak pierwszym, jakiego widziałem na żywo. W kilku momentach [być może za sprawą nienajlepszej akustyki klubu] Dälek wywołał odległe i humorystyczne nieco, ale jednak skojarzenia z walcowatą potęgą Godflesh. Tyle, że musiałby to być ‘Godflesh on speed’.

Po ‘jakimś czasie’ Dälek zeszli i po ‘jakimś czasie’ na scenę weszli ISIS. Tradycyjnie na wzmacniaczach leżał w niedbałej pozie poduszko-misiek, którego pierwszy raz w Polsce można było zobaczyć 4 lata temu. Reszta nie była taka jak wtedy. Ale nie dajmy się ponieść zbędnemu tu sentymentalizmowi i marudzeniu o mitycznych ‘dawnych czasach’. Gdyby nie słaba akustyka, byłby to świetny koncert. Kompozycje z dwóch ostatnich płyt bronią się na żywo, co i rusz serwując silne ciosy. Były momenty z trzema gitarami, był klimat, było jak trzeba.

Może nie było doskonale, może ginęły detale, może nie było selektywnie, ale było dobrze i niżej podpisany czuje się ukontentowany. Bo obiektywizm wyparował. Zresztą, nic nie jest doskonałe, marność nad marnościami etc…

Krew z krwi

•29 październik 2009 • 4 komentarzy

pelican W symbolice pelikan uosabia między innymi melancholię, samotność, gniew, czy bunt. I z muzyki chicagowskiego Pelican raz po raz przebijają te pojęcia. Niestety, od pewnego czasu, te dwa ostatnie zdają się nieco blednąć.

Według legend pelikan był również bardzo oddanym rodzicem, który potrafił wykarmić pisklęta krwią z piersi, którą sam rozrywał. Wedle innej legendy, rozrywając pierś, krwią ptak ożywiał młode zaduszone w przypływie czułości przez pelikana lub pelikanicę [w zależności od wersji legendy].

Ta metafora całkiem dobrze pasuje do twórczości Pelican. W początkach swej kariery Pelican autentycznie rwał pierś. Z dwóch pierwszych wydawnictw Amerykanów, “Pelican” i “Australasia”, jak z żył, wylewały się obfite strugi gęstej, muzycznej krwi; krwi ciemnej, odtlenowanej, a jednocześnie bogatej w produkty przemiany materii.

Jeszcze na “The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw ” Pelican wlewał w uszy słuchaczy krew żylną, choć dodawał już do niej krwi tętniczej; jaśniejszej, natlenowanej. I zgodnie z tytułem tej płyty, w gardle zapoczątkowała się ustrojowa odwilż Pelican. Tę zmianę różowa krechą zaznaczyła EP “Pink Mammoth” z 2007, zawierająca jeden ze sztandarowych utworów Pelican – Mammoth w wersji ‘pink’, znacznie odchudzonej i wygładzonej. I choć to nie była bardzo zła wersja, to wyobraźcie sobie uczesanego mamuta… prawda? Swoją drogą trzeba mieć sporo odwagi i poczucia humoru, by plejstoceńskiego giganta pomalować na różowo…

Brzmienie Pelican przez 8 lat swojego istnienia stopniowo krzepło, od kostropatego sludge do bardziej wyważonego grania, oscylującego między post-rockiem a post-metalem. I takie granie zespół prezentuje na dwóch ostatnich płytach: “City Of Echoes” i najnowszej, “What We All Come to Need”. W porównaniu do gęstej zawiesiny z “Australasia”, muzyka na nowym krążku sprawia wrażenie substytutu, ‘krwi instatnt’. Tętnicza krew Pelican ma ładny odcień [vide okładka], szczególnie w świetle, ale nie jest aż tak treściwa. W jednym z wywiadów gitarzysta Trevor De Brauw stwierdził: ‘nie uważam, żeby Pelican był zespołem metalowym. Myślę, że jesteśmy częścią tej grupy kapel ze Środkowego Zachodu, która miesza agresywne brzmienie z wrażliwością pop.’ W obliczu tej deklaracji, nowe brzmienie zespołu nabiera sensu.

Coś za coś. Zmęczony otwieraniem żył, zespół sięgnął do tętnic. Nowa krew Pelican jest ożywczo natlenowana, mieni się pięknym szkarłatem i odcieniami jesieni. Choć w gitarach nie ma już tyle treściwej tkanki łącznej, co kiedyś, pozostały bardzo zgrabnie napisane kompozycje, pełne świetnych, tętniących melodii. To widocznie wpływ tlenu. Pomimo, że Pelican nie gra już ciężko, momentami, gdy sploty tętnic zbliżają się do splotów żył, ten ciężar można wyczuć; w charakterystycznych, zakręcających riffach, które słychać choćby w dość masywnym utworze Creeper, czy Ephemeral. Być może odpowiedzialni są za to znakomici goście, którzy pojawili się na albumie, jak m. in. Greg Anderson [Sunn O)))], czy Aaron Turner [ISIS].

Zmieniło się też jeszcze jedno. Prawie wszystkie kompozycje na “What We All Come to Need” są instrumentalne. Prawie. Muzycy podkreślali, że nie mają nic przeciwko obecności wokalu, nie wiedzą tylko, jak go umieścić w swojej muzyce. Czegoś się jednak dowiedzieli, bo w zamykającym płytę “Final Breath” pojawia się głos Bena Verellena z Harkonen. Z brakiem wokalu w pozostałych kompozycjach zespół radzi sobie krwistymi melodiami.

Jak wyjaśniają sami muzycy, “nowy album mówi do szybko chylącego ku upadkowi świata, że spełnienie, jakie znajdujemy w sobie nawzajem, daje siłę do wzniesienia się ponad nasze rozczarowania.” Co prawda serce nie roście, patrząc na te czasy, ale słuchając tej muzyki to już jak najbardziej.

Pelican – What We All Come To Need [Southern Lord Records, 2009]

myspace

Progmatyczne origami

•18 październik 2009 • Dodaj komentarz

proghma2 Proghma-C – “progressive machine number C”, lub “samorozwijająca się i kształtująca maszyna do tworzenia muzyki progresywnej”. /Proghma-C/

Bardo (skt. antarabhawa) – w dosłownym tłumaczeniu stan pośredni. Pojęcie buddyjskie z języka tybetańskiego określające każdy przejściowy stan egzystencji: życie, medytację, sen, śmierć. Najczęściej używane w odniesieniu do stanu pośredniego pomiędzy śmiercią a kolejnymi narodzinami. /wikipedia/

”Bar-do Travel” – to nieco odstany, ale nadal świeży debiut trójmiejskiej maszyny do tworzenia muzyki progresywnej. Jak wiadomo wino im starsze, tym lepsze, dobrze jednak, że Proghma-C znalazła wreszcie sposób na wyjście z bardo ‘podwodzia’ [w końcu to zespół znad morza]. Co za długo, to niezdrowo.

Sama nazwa – Proghma-C- determinuje już brzmienie tego zespołu. Kojarzy się z tabliczkami znamionowymi na skomplikowanych maszynach, pełnymi skrótów, cyfr i oznaczeń. Kojarzy się też z precyzją, maszynową dokładnością i matematyczną prostotą.

Jak mówią sami muzycy: “Proghma-C to twór, który podlega ciągłym przemianom, licznym eksperymentom muzycznym a przede wszystkim nieprzerwanej chęci tworzenia muzyki, która zawsze będzie dla nas nieodkrytą przestrzenią piękna. Inspiracje klimatami trans, ambient, rock, pop, new age, death, fusion czy progressive towarzyszą nam od lat.”

To po prostu gitarowe origami. Odnajdywanie piękna w prostocie kształtów. Ta japońska sztuka, choć odnosi się do pozornie prostej czynności, jaką jest składanie kartki papieru, ma sztywne reguły: punktem wyjścia ma być kwadratowa kartka papieru, której nie wolno ciąć, kleić i dodatkowo ozdabiać. Wolno jedynie zginać. Nie inaczej jest z muzyką Proghma-C. Z kwadratowych dźwięków i charakterystycznej, djentowej* gitary Smagi, poprzez ich zaginanie powstaje figura zaskakująca swoją precyzją. Jednocześnie tych dźwiękowych zagięć jest tyle, że ta origamiczna-progmatyczna struktura nabiera gęstości.

Te sztywne, matematyczne dźwięki nabierają gracji i wysmuklają się dzięki wszechobecnej elektronice, isnpirowanej twórczością mistrzów ambientu lat ‘80: Jean-Michel Jarre’a, Steve’a Roacha, czy Briana Eno. Zimne linie proste sekcji gitarowo-rytmicznej wygładza i ożywia głos Boba, który przechodzi od czystch partii, przypominających czasami manierę Maynarda Keenana, po brutalne szarpanie strun głosowych i krzyki. Dzięki wokalowi i elektronice te dźwięki nabierają kształtu i wiemy, że Proghma-C na swej debiutanckiej płycie poskładała origamiczny model kotła grzewczego z numerem ‘C’ i buddyjską wkładką. A kończy się coverem z repertuaru Björk: intensywnym, niepokojącym i chyba mało buddyjskim w wymowie “Army Of Me”.

Proghma-C często porównywana jest do szwedzkich matematycznych obłąkańców z Meshuggah. Jednak są to porówania nieco na wyrost. O ile baza jest podobna, czyli połamane, kanciaste riffy Smagi i perkusja Kumana, bijąca w ‘nieeuklidesowym’ metrum, to jednak zarówno zarys, jak i ogólny wizerunek muzyki obu zespołów jest już odmienny. Meshuggah to gęsty monolit, w muzyce Proghma-C jest dużo więcej przestrzeni. W zwartą gitarową strukturę co i rusz wsączają się wszak pasma ambientowych dźwięków.

Podczas prawie godzinnej podróży słuchacz doświadcza każdego przejściowego stanu egzystencji: życia, medytacji, snu i śmierci, bo przecież płyta musi się kiedyś skończyć. Czyli doświadcza bardo. Jednak w wykonaniu Proghma-C, “Bar-do Travel”, przez ten z pozoru nic nie znaczący myślnik, sprawia wrażenie humorystycznej wersji buddyjskiej praktyki poznawczej, wykonywanej w “next whisky bar”. Humor i filozoficzne odniesienia sprawiają, że muzyka Proghma-C to ‘matematyka z duszą’. Parafrazując wieszcza, „czucie i wiara na równi mówi do mnie, co mędrca szkiełko i oko”.

*patrz definicja nr 1 i 2

Proghma-C – Bar-do Travel [Mystic Production, 2009]

myspace