Przedsiębiorstwo Zwod.-Kan.

•10 kwietnia 2017 • Dodaj komentarz

wolfkhanCzucie i wiara równie silnie mówią do mnie, co mędrca szkiełko i oko – taką parafrazą cytatu Wieszcza można by określić debiut formacji Wolfkhan – „Cyber Necro Spirituals”.Zawartość tej płyty, niczym muł na dnie rzeki, przez lata odkładała się w głowie Marcina Gąsiorowskiego, lidera i gitarzysty Thy Worshiper oraz Wolfkhan. Projekt ten służył kanalizowaniu innych pomysłów na muzykę. A kanały te są długie, kręte i zwodnicze.

Patrząc diabłu między oczy widzisz słońce co krwią broczy.
[Oczy]

Tytuł „Cyber Necro Spirituals” wyjątkowo dobrze pasuje do treści płyty, co nie powinno dziwić, mając w pamięci językową spójność „Klechd”. Zresztą i teksty Wolfkhan, tu niosące „czucie i wiarę” [czy raczej szczucie i niewiarę], są równie plastyczne i nośne, jak te na płytach Thy Worshiper [m. in. Pożeracz serc, Oczy, Ognisko, Zżera]. Podobieństwa [siłą rzeczy] są również w warstwie wokalnej, bo oprócz rozmaitych ryków Marcina Gąsiorowskiego śpiewają także obecna i była wokalistka Thy Worshiper – Monika Lubas i Anna Malarz. „Szkiełko i oko” zaś to muzyka, która co prawda również wywodzi się z folklorystycznych zagród, ale podobieństwa ze starszym bratem kończą się tuż za miedzą.

Wolfkhan bowiem nie kieruje swoich kroków ku polom, lasom i strumieniom, a ku brudnym zaułkom obłuszczonych kamienic i podwórcom, oświetlanym przez szyby niebieskie od telewizorów.

Słońce umiera i księżyc też zdycha
I karaluch pod zlewem przy ścierze śmierdzącej.
[Ognisko]

Bo Wolfkhan, niczym zmora, czy widziadło, które obudziło się w XXI wieku, zagląda przez te okna i przekłada na swój język to co widzi, to co się odbija i to co się odbija w odbiciach. „Cyber Necro Spirituals” składa się ze strzępów słów, melodii i nastrojów. A łączy je chłód i mrok. Chłód wylewa się z klasycznej, nieco niedzisiejszej elektroniki, która dodatkowo brzmi, jakby dobywała się z jakichś komputerowych zaświatów. Podkłady to głównie proste bity, jakby grane przez wiejską kapelę lub plemienne, choć wciąż elektroniczne, bębenki. Towarzyszą im niskie dźwięki, przypominające burczybas lub buczenie bąka zwyczajnego (Botaurus stellaris) (Pożeracz serc, Oczy). Elektronika nie pleśnieje, więc te brzmienia, choć ich genezy upatruję jeszcze w ubiegłym stuleciu, nie wioną rozkładem. Co innego słowa. Tu piwnicznym mrokiem i zepsuciem cuchnie każda sylaba, każdy przecinek to pokryta psującym się mięsem piszczel, a każda kropka to kiepsko ogryziona czaszka. Sugestywny turpizm tekstów Wolfkhan z chirurgiczną precyzją wypreparowuje beznadzieję ludzkiej egzystencji (Ognisko, Wmawianie, Głosy spod chodnika, Kurwa).

Wmawiamy, że człowiek to coś więcej,
ze duszą się rożni od świni.
[Wmawianie]

Marcin Gąsiorowski, opisując płytę na potrzeby notki prasowej, wspomniał o możliwej inspiracji „Czarnymi Oceanami” Jacka Dukaja. Zapewne wie co mówi, wszak to jego dzieło, ja wszakże w „Cyber Necro Spirituals” słyszę ścieżkę dźwiękową do „Słowiańskich Bogów”*.

Czuciem i wiarą przedstawcie sobie wiły i południce, które szukają swych ofiar na portalach randkowych, a potem wysysają z nich siły życiowe w tanich motelach przy drogach krajowych. Nabrzmiałe od elektryczności linie wysokiego napięcia mantrują, bucząc nam nad głowami, wezwania do Peruna. Wiedźmy występują w ezoterycznych kanałach w telewizji, na których fortunę zbija Weles. Trygław powoli monopolizuje rynek zarządzania ruchem drogowym w miastach; wszystkie sygnalizacje drogowe są jego oczami. Demony i diabły nabierają sił, żywiąc się flejmami, hejtem i trollingiem w sieci.

A jak uwiedzie serce twe,
to twe już bije nie dla Ciebie.
I wtedy nie dostrzegasz już.
Że piękno piękne jest.
[Pożeracz serc]

Na „Cyber Necro Spirituals” szeroko rozumiana słowiańska duchowość przenika się z syntetycznymi bitami, którym z rzadka towarzyszą metaliczne gitary, a częściej szumy, buczenia, trzaski i elektroniczne zawodzenia. To muzyka post-apokaliptycznych szamanów i szeptunów, którzy do zamawiania używają smartfonów, a zaklęcia przesyłają przez wi-fi.

Wolfkhan – „Cyber Necro Spirituals” [Arachnophobia Records, 2017]

Premiera 24.04.2017.

*w alternatywnej rzeczywistości Neil Gaiman nazywa się Norbert Gajmowski.

Reklamy

Pustynia Błędowska

•6 marca 2017 • Dodaj komentarz

stonerrorO debiucie Stonerror było [tu i ówdzie] głośno jeszcze przed jego nagraniem, głównie za sprawą formy finansowania nagrania, jaką wybrał zespół – crowdfundingu. Kontrowersje wzbudzała także kwota zbiórki, zdaniem krytyków za wysoka, zdaniem zespołu – konieczna, by osiągnąć satysfakcjonujący go efekt. Teraz, gdy  od kilku tygodni „Stonerror” ogląda światło dzienne, można spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy się opłacało. Ale o tym za chwilę.

Powstały w 2015 roku [nomen omen] Stonerror gra pustynnego stonera; gatunek, w którym niemal każde ziarenko piasku zostało już przesiane. Krakowianie przesiewają go nadal przez sita swoich pomysłów i wyobrażeń. I wychodzi im to całkiem nieźle.

Pierwsze, co rzuca się w uszy po odtworzeniu „Stonerror”, to brzmienie. Słychać, że zespół nie szczędził środków na osiągnięcie efektu, jakby płyta powstała w Sky Valley. To zasługa Macieja Cieślaka (Ścianka). Dzięki niemu debiut Stonerror brzmi dużo lepiej, niż EP „Rattlesnake Moan”. Wszystko tu gra jak trzeba; jest piach w gitarze, jest pył na basie, jest pustynia w bębnach.

Poprawie uległy też same kompozycje. O ile trudno coś zanucić ze wspomnianej epki, to na „Stonerror” nie brakuje chwytliwych melodii, w ucho wpada np. refren otwierającego płytę Red Tank, czy God’s Guns. Utwory nabrały kształtu i rumieńców. Jest na „Stonerror” kilka naprawdę fajnych momentów, jak finał Los Hermanos, wejście do The Ride, czy „dozerowate” zagrywki w God’s Guns. Sierra Morena to, obok The Ride, bodaj najlepszy utwór na płycie. Zaś wieńczący album Blues for the Red Sea częstuje całkiem smacznym, psychodelicznym finałem.

„Stonerror” słucha się bardzo przyjemnie, jednak zespół w moim odczuciu nie ustrzegł się kilku błędów. Jednym z nich jest, paradoksalnie, brzmienie. Starannie dopracowane i poukładane, moim zdaniem trochę odbiera muzyce spontaniczność. Brakuje mi też w piasku Stonerror ciężkiej i lepkiej ropy oraz iskry, która by tę ropę podpaliła. Cierpią na tym te dynamiczne fragmenty, a największym poszkodowanym jest Misbegotten. Przywołując narzuconą w teledysku estetykę, ten utwór powinien kipieć od emocji jak „Znikający punkt”, tymczasem jest zimny jak bezimienny psychopata z „Pojedynku na szosie”, a już szczególnie w finale kompozycji. Czy to kwestia produkcji? Trudno stwierdzić. Brak mi tu żywiołowości i energii, która nawet z auta segmentu B zrobiłaby pożerającego szosę muscle cara. Brakuje mi groove, który kazałby mi skakać w kaktusy. Miejscami go czuć, ale zespół jakby bał się go uwolnić.

Czy się opłacało? Na to pytanie powinni sobie odpowiedzieć sami mecenasi płyty „Stonerror”. Gdybym był jednym z nich, byłbym zadowolony. Czułbym jednak spory niedosyt.

Stonerror – „Stonerror” [My Shit In Your Coffee, 2017]

Posłuchaj

Hails!

•15 grudnia 2016 • Dodaj komentarz

M012 digipack 3P_1CD 6 x 8mm.cdrNie wyobrażam sobie, żeby debiut UR – Hail Death – wydał ktoś inny, niż Arachnophobia Records. Wszak to właśnie „hails!” jest znakiem rozpoznawczym Wszechpotężnej. Gdyby kiedykolwiek wydawała składankę ze swoich wydawnictw, z pewnością nosiłaby tytuł „HAILS!”.

Na razie jednak Arachnophobia tuż przed świętami wypuszcza ze swoich gruczołów debiut UR. Ciekaw jestem, dlaczego muzycy zdecydowali się na tę nazwę, bo z sumeryjskim miastem muzyka UR nie ma wiele wspólnego, zespół nie buduje monolitycznych zigguratów, ani nie jest polską odpowiedzią na Melechesh. A z Janerki jest tu tyle, że po przesłuchaniu można jęknąć „moja nerka”, bo riffy kopią na „Hail Death” wysoko.

UR, krótka nazwa i krótki, acz treściwy materiał. Zespół mógłby się spokojnie też nazywać UL, bo jego muzyka buzuje jak rój pszczół, a i gitary żądlą głęboko i solidnie. Sporo też na „Hail Death” miodnych melodii. Muzyka UR całkiem zgrabnie łączy thrashową zadziorność, doomowe ciężary i blackową zgniliznę.

Niespełna 20 minut tego minialbumu wypełniają zwarte, utrzymane przeważnie w średnich tempach kawałki. Nie utwory, nie kompozycje, tylko właśnie [niczego im nie ujmując] kawałki, bezpretensjonalne, zagrane na luzie, z rockowym wyczuciem, które zapewne nieźle się sprawdzają na scenie.

Krótko, konkretnie i z przytupem. Teraz czekamy na długograja.
Hails!

UR – Hail Death [Arachnophobia, 2016]

Posłuchaj