Hails!

•15 Grudzień 2016 • Dodaj komentarz

M012 digipack 3P_1CD 6 x 8mm.cdrNie wyobrażam sobie, żeby debiut UR – Hail Death – wydał ktoś inny, niż Arachnophobia Records. Wszak to właśnie „hails!” jest znakiem rozpoznawczym Wszechpotężnej. Gdyby kiedykolwiek wydawała składankę ze swoich wydawnictw, z pewnością nosiłaby tytuł „HAILS!”.

Na razie jednak Arachnophobia tuż przed świętami wypuszcza ze swoich gruczołów debiut UR. Ciekaw jestem, dlaczego muzycy zdecydowali się na tę nazwę, bo z sumeryjskim miastem muzyka UR nie ma wiele wspólnego, zespół nie buduje monolitycznych zigguratów, ani nie jest polską odpowiedzią na Melechesh. A z Janerki jest tu tyle, że po przesłuchaniu można jęknąć „moja nerka”, bo riffy kopią na „Hail Death” wysoko.

UR, krótka nazwa i krótki, acz treściwy materiał. Zespół mógłby się spokojnie też nazywać UL, bo jego muzyka buzuje jak rój pszczół, a i gitary żądlą głęboko i solidnie. Sporo też na „Hail Death” miodnych melodii. Muzyka UR całkiem zgrabnie łączy thrashową zadziorność, doomowe ciężary i blackową zgniliznę.

Niespełna 20 minut tego minialbumu wypełniają zwarte, utrzymane przeważnie w średnich tempach kawałki. Nie utwory, nie kompozycje, tylko właśnie [niczego im nie ujmując] kawałki, bezpretensjonalne, zagrane na luzie, z rockowym wyczuciem, które zapewne nieźle się sprawdzają na scenie.

Krótko, konkretnie i z przytupem. Teraz czekamy na długograja.
Hails!

UR – Hail Death [Arachnophobia, 2016]

Posłuchaj

Hello darkness…

•19 Listopad 2016 • Dodaj komentarz

spoiwo27 grudnia w Gdyni odbędzie się 11. edycja X-Mass Noize Night. Oprócz Blindead, które gra zawsze, bo tę imprezę organizuje, zagra m. in. trójmiejska formacja: Spoiwo. To doskonała okazja, by przysłuchać się debiutowi tej grupy.

„Salute Solitude” trwa zaledwie 30 minut, ale przestrzeni jest w tym materiale na wiele dłużej. Odpowiedzialne jest za nią przede wszystkim brzmienie syntezatorów, które tworzy głębokie, wciągające tło [które nierzadko wysuwa się na plan pierwszy] dla kompozycji. Spoiwo – krótkie, zwięzłe słowo, zdałoby się niepasujące do okolic post-rocka, które eksploruje ta formacja. Tymczasem taka właśnie jest muzyka Spoiwa – zwarta, treściwa; większość kompozycji trwa około czterech minut. Muzycy nie rozciągają bezlitośnie dźwiękowego spoiwa, choć wspierają się schematem „build-up” [m. in. Skin, YOS]. Szczególnie w YOS brakuje mi przełamania tej konwencji, bo są w tej kompozycji dwa miejsca, które idealnie nadają się do jej nagłego zakończenia. Nie znaczy to wcale, że następująca kulminacja jest zła. Zresztą Spoiwo i tak zostawia spory niedosyt, bo swoje utwory kończy tam, gdzie wiele zespołów post-rockowych dopiero zaczyna się rozkręcać.
I wbrew nazwie, nie używa wypełniaczy, czy zapchajdziur.

„Salute Solitude” tworzy bardzo sugestywny nastrój. Poszczególne kompozycje uzupełniają się nawzajem, tworząc coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu, który, pobudzany dźwiękami, wyświetla się w wyobraźni słuchacza. A ma Spoiwo czym tę wyobraźnię pobudzać, bo utwory, co prawda instrumentalne, są bardzo plastyczne. Gitary i perkusja co jakiś czas wymieniają się miejscami z pianinem i ambientem syntezatorów [które miejscami jak w Disembrace, czy No Kingdom – kojarzą mi się z muzyką z Interstellar] budując udaną dramaturgię utworów i całej płyty. Muzykę znacznie wspiera też brzmienie, będące zasługą Haldora Grunberga. Brzmienie mocne, potężne i gęste, szczególnie jeśli chodzi o gitary. Przypomina ono nieco apokaliptyczne brzmienie Junius, choć oczywiście muzyka Spoiwa ma zdecydowanie bardziej ilustracyjny charakter. Zaś o filmowym sznycie tej płyty świadczy zdecydowanie „najjaśniejszy”, przedostatni utwór Flare, następujący po wcześniejszych posępnych kompozycjach oraz wieńczący Years Of Silence, który jest dźwiękowym odpowiednikiem retrospekcji lub cofającego się czasu – utwór bowiem odtwarzany jest od tyłu, zachęcając niejako do zapętlenia tego materiału. Choć i tak specjalnie zachęcać Spoiwo nie musi.

„Salute Solitude”, jak na debiut, jest materiałem wyjątkowo przemyślanym i spójnym. Spoiwo dobrze i mocno łączy dźwięki. A to dobry prognostyk na przyszłe budowle dźwiękowe lub wprost przeciwnie – burzenie schematów i konwencji.

Spoiwo – Salute Solitude [wyd. własne, 2015]

Posłuchaj i kup

Droga

•10 Listopad 2016 • Dodaj komentarz

arrm Promienie słońca leniwie ślizgają się po żelaznych graniach i załomach układających się w stosy brunatnych od rdzy wraków. Tu i ówdzie z otworu na reflektor, czy wybebeszonego bagażnika wyrasta krnąbrna łodyga jakiegoś chwastu. Od czasu do czasu klepisko rytualnie przemierzy biegacz pustynny. Rdza geologicznie wolnymi kęsami wgryza się w nadkola, dachy i drzwi lewiatanów, ktore niegdyś dostojnie przemierzały drogi, wzbijając tumany kurzu i pyłu. Dawniej pył zostawiały za sobą, dziś się weń zmieniają…

Pył i proch drogi niezmiennie kojarzą mi się z charakterystycznym , „zdelayowanym” brzmieniem gitary, które snuje się długo po akordzie, jak rozmazane czerwone światła samochodów na nocnych zdjęciach. Dokładnie to brzmienie dominuje na długogrającym debiucie ARRM, formacji, założonej kilka tysięcy kilometrów temu przez Artura Rumińskiego [Thaw, Furia]. Po drodze do wozu dosiedli się Maciej Śmigrodzki [również Thaw], Rafał Miciński oraz Michał Leks.

W takim składzie przemierzają drogę i rejestrują jej dźwiękową mapę. „ARRM” w dużej mierze podąża pylistym śladem, który wzbił za sobą Dylan Carlson z Earth z płytą „Hex; Or Printing in the Infernal Method” [Pinewood, Grave, fragmenty Horseback]. Do tych inspiracji przyznają się zresztą otwarcie sami muzycy. Utwory te wloką się powoli, spowalniane jeszcze bardziej przez wszechobecny, smaczny delay, pomruki organów i mantrowy zgrzyt shruti box. White Water zabiera słuchacza w nocną podróż przez miasto, z radiem nastawionym na niesitniejący kanał. Ten utwór jedzie równoległym pasem do Niemców z Bohren & Der Club Of Gore na płycie „Midnight Radio”. Po dziesięciu minutach pięknie rozpływa się w nocy szumem i mglistym echem. Z kolei KWKSC to rozsnuty, mechaty drone, subtelnie dynamizowany brzękliwymi dźwiękami dzwonków. To tego utworu dotyczy fragment notki, odnoszący się do Barn Owl. Ładnie się to zazębia, bo przecież na okładce „Hex” również mamy stodołę, ozdobioną charakterystycznym, geometrycznym symbolem, tzw. barn quilt.

Zamykający płytę Horseback zaskakuje. Najpierw tempem, bowiem przez pierwsze pięć minut to klasyczny, rytmiczny kłus przez Monument Valley, albo jak country dla widm Dzikiego Zachodu. W połowie utworu rytm łamie się, rumaka ukąsił wąż, lub biedak najadł się peyotlu i zaczął opętane rodeo. Ale to nie koniec konia. Kolejnym zaskoczeniem jest bowiem zmiana nastroju. Nagle na ciele konia pojawiają się wymalowane ochrą kręgi i spirale. Wędrują od kłębu w stronę pęcin, zadu i głowy. Gdy linie otaczają chrapy zwierzęcia, zaczyna się kosmiczny rytuał. Znika pustynia, a droga skręca się w psychodeliczny, spacerockowy odjazd.

„ARRM” to prawie 50 minut muzyki, które jednak wspaniale rozjeżdża się w daleko dłuższą podróż, która zaczyna się gdzieś na pylistym pustkowiu, a kończy się… nie, nie kończy się.

ARRM – ARRM [Instant Classic, 2016]

Posłuchaj i kup